Baro Prog-jets - Utopie

Artur Chachlowski, Baro Prog-jets - Utopie

Twórczość znanego pod pseudonimem Baro, Alberto Molesiniego, omawialiśmy przez rokiem przy okazji kompaktowego wznowienia jego wczesnego repertuaru. Przypomnijmy, w jednym plastikowym pudełeczku znalazły się dwa krążki: „Lucillo & Giada” i „Topic Würlenio” pamiętające wczesne lata 80. (naszą małoleksykonową recenzję tego podwójnego wydawnictwa znaleźć można pod tym linkiem i gorąco zachęcam do jej lektury, gdyż szczegółowo opisaliśmy tam sylwetkę tego włoskiego muzyka). Po krótce przypomnę, że po działalności w artrockowej formacji La Sintesi i po fascynacji rockiem progresywnym spod znaku King Crimson i Yes, w latach 90. Alberto wkroczył na poprockową scenę (działał m.in. w lokalnych zespołach Hydra i Elam), by kilka lat temu zatoczyć stylistyczne koło i wrócić do prog rocka.

Przystąpił do grupy Marygold, z którą nagrał album „One Light Year” (2017), dokonał reedycji wspomnianych wyżej swoich wczesnych albumów, a na początku bieżącego roku zaprezentował premierowy materiał, wydając go na płycie zatytułowanej „Utopie”. Zagrał na niej na praktycznie wszystkich instrumentach (pomagał mu jednie perkusista Gigi Murari oraz okazjonalnie inni instrumentaliści, którzy muzykowali z nim już ponad 40 lat temu) i przedstawił zamkniętą w pięciu kompozycjach 51-minutową solidną porcję progresywnego rocka.

Alberto nie tylko gra na tym albumie, ale też śpiewa po angielsku we wszystkich utworach, za wyjątkiem „Non Sento!”, który wykonuje w swoim ojczystym języku. Niestety, jego wokal, wytężony szczególnie w wysokich rejestrach, nie jest atutem w talii środków artystycznego wyrazu prezentowanych przez tego włoskiego muzyka. Na krążku tym Alberto balansuje na pograniczu prog rocka i muzyki AOR, jak to dzieje się w najkrótszym, najbardziej przebojowym i zdecydowanie najbardziej przekonywującym, przynajmniej przy pierwszym odsłuchu, nagraniu „Non Sento!”. Reszta kompozycji ma charakter rozbudowanych suit, stylistycznie często zmierzających w kierunku sympho rocka (warto na przykład zwrócić uwagę na organy kościelne w „Runaways”) z rozszalałymi partiami fortepianów, szybkimi sekwencjami syntezatorów oraz płynnymi partiami gitar, które łącząc się ze sobą tworzą porywający wir muzyki, który długimi chwilami naprawdę może się podobać.

Dłuższe sekwencje instrumentalne robią niezłe wrażenie, wysoko należy ocenić też melodykę tego albumu, niemniej jest coś w produkcjach Baro, co trzyma ich poziom z dala od, wydaje się, że w tym przypadku niedoścignionych, wzorców, jak twórczość Marillion, Pendragon, IQ albo Yes (tyle że nie z klasycznego, co późniejszego okresu). Choć zespoły te są niewątpliwym benchmarkiem dla muzyki Baro, to na albumie „Utopie”, acz, jak wspomniałem, ma on swoje ambicje i jest na nim kilka niezłych pomysłów, wciąż sporo do poziomu wiodących grup progresywnego gatunku brakuje.

Ale posłuchać warto.

MLWZ album na 15-lecie