Emerald Dawn, The - To Touch The Sky

Artur Chachlowski, Emerald Dawn, The - To Touch The Sky

Nie ukrywam, że gdy rok temu przedstawiałem na naszych małoleksykonowych łamach album „Nocturne” grupy The Emerald Dawn byłem do niego nastawiony bardzo pozytywnie. Był to mój pierwszy kontakt z tym brytyjskim zespołem, który – jak się okazuje – działał już od ponad 10 lat i miał w swoim wcześniejszym dorobku dwie płyty długogrające. W marcu tego roku ukazał się album nr 4, zatytułowany „To Touch The Sky”, i nie ukrywam, że po jego wysłuchaniu ku mojemu zaskoczeniu mój entuzjazm jest znacznie mniejszy.

Dlaczego? Obiektywnie rzecz ujmując, nie mogę powiedzieć, że to płyta nieudana. Na pewno zachwyciła mnie mniej niż poprzednia, ale ambicji i klasy wykonawczej na niej nie brakuje. Zaledwie trzy długie kompozycje (odpowiednia trwają one 11:15, 15:07 i 22:17), dużo niezłej, przeważnie instrumentalnej muzyki oraz bogate brzmienia kreowane przez dwójkę założycieli i głównych twórców panią Tree Stewart (instrumenty klawiszowe, flety, akustyczne gitary, śpiew) i pana Ally Cartera (gitary, saksofon, instrumenty klawiszowe, śpiew), których wspomaga sekcja rytmiczna David Greenaway (bas) i Tom Jackson (perkusja)... Niby wszystko jest, lecz czegoś tu brakuje.

Czego? Może napięcia, dreszczyku emocji, melodii powodujących żywsze bicie serca, większego wyeksponowania wokalu? A może wszystkiego naraz albo jeszcze czegoś zupełnie innego? W każdym razie, po kilku przesłuchaniach, jakoś nie odczuwam wielkiej potrzeby częstego powrotu do muzycznej zawartości tego wydawnictwa.

Album rozpoczyna kompozycja „The Awakening”, która po powolnym, prawdziwie filmowym syntezatorowym wstępie, wraz z delikatnymi fortepianowymi pociągnięciami nabiera wyraźnie jazzującego charakteru. Ally Carter uderza masywnymi gitarowymi riffami, aby włączyć piąty bieg i najpierw wprowadzić muzykę The Emerald Dawn na szeroką dźwiękową autostradę, by po chwili zjechać z niej ostrożnie i po cichu sprowadzając wcześniejszą kanonadę dźwięków do prostych fraz fortepianu, gitary i miękkiej wokalizy w wykonaniu Tree.

Lekko floydowski początek kompozycji nr 2, „And I Stood Transfixed”, zwiastuje nieco większe emocje, szczególnie gdy w trzeciej minucie do akustycznej gitary dołącza saksofon i wprowadza klimat instrumentalnej, mocno nasączonej jazzowym sosem, improwizacji. Po chwili pojawia się rozmarzony wokal Tree, który delikatnie eskortuje linię basu, dopóki nie zostanie zastąpiony przez melodię graną na flecie. Niedługo potem nad tym relaksującym fragmentem górę bierze lawina odważniejszych dźwięków, na krótko przekształcając ten utwór w progrockowego kolosa, po czym wszystko znowu wraca do spokojniejszego tempa, a gdy muzyka zbliża się do nieuchronnego finału pojawia się chyba najpiękniejsza na tej płycie soczysta gitarowa solówka w wykonaniu Ally Cartera…

Podobny patent wykorzystany jest w ostatnim utworze, „The Ascent”: spokojny początek, z plamami syntezatorowych dźwięków i gitarowym solo, no i wchodzący do gry pod koniec czwartej minuty natchniony śpiew Tree. Potem lekki instrumentalny kocioł wypełniony licznymi surowymi solówkami, oszczędna praca sekcji i finałowe epickie sprowadzenie słuchacza na ziemię po trwającym 22 minuty locie w nieznane. Tak duży rozmiar czasowy wymaga od progrockowych wykonawców naprawdę dobrych pomysłów, by przez cały czas trzymać odbiorcę w pozytywnym napięciu. Ale moim zdaniem, tutaj jest jednak tego jakby ciut za mało.

Na koniec muszę powiedzieć, że „To Touch The Sky” to w sumie przyjemny album do słuchania, ale uważam go za zbyt mocno zorientowanego na nastroje i atmosferę. Owszem, z dużą ilością solówek i szeroką gamą sekwencji klimatycznych akordów, lecz równocześnie z niewystarczającą ilością interesujących melodii czy też takich pierwiastków, które mogą stanowić element miłego zaskoczenia. Chwilami pytam sam siebie, nie znajdując jednoznacznej odpowiedzi: niby dobrze grają, niby potrafią budować klimat, niby czuć tu pasję i siłę potężnego instrumentarium, ale dokąd zmierza ta muzyka?...

MLWZ album na 15-lecie