Gordon, Ian - His Quiet Hands

Artur Chachlowski, Gordon, Ian - His Quiet Hands

Iana Gordona poznałem kilkanaście lat temu. Pamiętam jak swego czasu był gościem naszej audycji, jeszcze w studiu krakowskiego Radia Alfa, jak opowiadał o zespole Magrathea, o rodzinnych związkach z liderem tej formacji, Glenem Gordonem, o swojej karierze solowej i marzeniach poczatkującego artysty stawiającego swe pierwsze kroki na brytyjskiej scenie muzycznej.

Dzisiaj Ian to muzyk mający w dorobku już kilkanaście płyt, w tym kilka ze swoim ‘pobocznym’ projektem o nazwie Drama (płytę „Sex Love Lies” z 2009 roku recenzowaliśmy pod tym linkiem), a ze świata muzyki coraz odważniej wkracza w krainę filmu. Stąd ponad pięcioletnia przerwa w jego działalności muzycznej. Ale to już zupełnie inna historia. Skoncentrujmy się jednak na muzyce, tym bardziej, że oto ukazał się (premiera 19 lutego br.) najnowszy album Ian Gordona zatytułowany „His Quiet Hands”. A na nim blisko godzinna porcja bardzo solidnego melodyjnego prog rocka.

Co ciekawe, na „His Quiet Hands” Gordon sentymentalnie powraca do początków swojej kompozytorskiej przygody. Większość utworów pochodzi jeszcze z 2001 roku, a więc sprzed debiutanckiego albumu (z wyjątkiem utworów „Britannia” (2005), „Descent”, który jest przeróbką nagrania „Descent Into Darkness” z płyty „The Puppet Show” (2004) oraz jednej, stosunkowo nowej w tym gronie kompozycji „What Is Real and What is Not” (2011)). Wszystkie zostały nagrane na nowo, przy użyciu współczesnych środków technicznej realizacji dźwięku. Ian Gordon sam zagrał na wszystkich instrumentach i zaśpiewał we wszystkich ośmiu wypełniających płytę „His Quiet Hands” utworach. Wspomagała go jedynie Jennifer Gordon, która zaśpiewała z nim duety w utworach „The Game” i „Long Time No See” (oba udane, szczególnie ten drugi).

Blisko godzina spędzona z tym albumem to sama przyjemność. Jest na nim kilka utworów, które robią przeogromne wrażenie. Miano absolutnego numeru jeden należy się, nomen omen, rozpoczynającej ten zestaw siedmiominutowej kompozycji „Britannia”. Podniosła muzyka oparta na kilku prostych, lecz układających się we wspaniałą melodię akordach, w połączeniu z mądrym i pełnym narodowej dumy tekstem sprawia, że nagranie to urasta do rangi prawdziwego progrockowego hymnu. Świetnie wypada też inny siedmiominutowiec „Long Time No See”. To niesamowicie urokliwa ballada z zapadającym w pamięć refrenem śpiewanym anielskim głosem przez Jennifer.

Z kolei lekko nasączony nutką pop „The Game” niespodziewanie przesuwa się w muzyczne okolice dokonań Simply Red. Nawet śpiew Iana upodabnia się nieco do Micka Hucknalla. W kilku innych fragmentach głos Iana brzmi jak późny David Bowie, a czasami przybliża się do Teda Leonarda (Enchant, Spock’s Beard, Pattern-Seeking Animals). Taki utwór, jak „The Passing” mógłby śmiało być ozdobą jednej z płyt Pattern-Seeking Animals. W innym wyróżniającym się nagraniu, „What Is Real And What Is Not”, pojawiają się echa twórczości Pain Of Salvation. Zaś najdłuższy w tym zestawie, trwający blisko kwadrans „Descent”, nie wiedzieć czemu (ale przecież jakaś przyczyna, i to nie jedna, być musi) przywodzi mi na myśl pamiętną kompozycję „An Island In the Darkness” Strictly Inc.

No właśnie, ta ostatnia konstatacja w naturalny sposób staje się chyba najlepszym podsumowaniem całej płyty: klimat albumu „His Quiet Hands” przypomina – zachowując wszelkie należyte proporcje - solowe płyty Tony’ego Banksa. Niby nie ma na nich wirtuozerskich popisów, niby panuje swoisty eklektyzm związany z różnorodnością wokalnej interpretacji, ale przez cały czas w powietrzu unosi się duch wybitnej melodyjności i mistrzowskiej klasy wykonawczej.

Bardzo wysoko oceniam tę płytę. I z czystym sumieniem polecam jej muzyczną zawartość każdemu sympatykowi dobrej progresywno-rockowej muzyki.

 

PS. Być może album „His Quiet Hands” stanie się początkiem nowego otwarcia dla muzycznej twórczości Iana Gordona. Niedawno powiedział mi tak: „Spędziłem sporo czasu, szperając w archiwach w poszukiwaniu starszych rzeczy... Znalazłem demo kilka albumów, które nagrałem w latach 2004-2006 i które moim zdaniem powinny zostać porządnie wydane, choćby po to, aby zapewnić spójną muzyczną linię czasu. Takie tytuły, jak „Changing Direction” (2004), „Chapter Seven” (2005) i „Shapes And Sounds” (2006) powinny ukazać się na CD w najbliższych tygodniach. Myślę też o powrocie do moich innych wcześniejszych progrockowych wydawnictw, jak „The Box” oraz „Terminally Brave” i nagraniu ich na nowo”.

No, no… Już się cieszę. Zapowiada się prawdziwa muzyczna ofensywa w wykonaniu Iana Gordona.

MLWZ album na 15-lecie