Kerrs Pink - Presence Of Life

Katarzyna Chachlowska, Kerrs Pink - Presence Of Life

Zespół Kerrs Pink w końcu (tak, po 8 latach przerwy!) wydaje nowy album i jeśli nie macie czasu na czytanie całej recenzji, już w pierwszym zdaniu napiszę Wam, że tak, jest bardzo dobry i ma wszystko to, co w tej norweskiej mieszance lubimy!

Nie wiedziałam, że Norwegowie przygotowują nowy materiał, a jednak gdy usłyszałam przedpremierowo utwory z najnowszej płyty, skojarzyłam: “zaraz, zaraz, brzmi to jak Kerrs Pink, z jakiej okazji przypominamy sobie teraz ich poprzednią płytę?”. U niektórych może to podobieństwo z wcześniejszymi dokonaniami zespołu zapali czerwoną lampkę - no bo jak to, czy podążanie tym samym schematem, to wciąż jeszcze rock progresywny? Czy każdy następny album nie powinien czymś zaskakiwać?

Innych, mam nadzieję większości, do których sama się też zaliczam to podobieństwo (podobieństwo, a nie powielanie sprawdzonych schematów) do wcześniejszych dokonań zespołu cieszy - przecież w recenzjach często wśród inspiracji i skojarzeń wymienia się zespół Camel, który przecież jak mało kto umie z gitarowych i klawiszowych partii wyczarować piękny klimat. Norwegowie też umieją stworzyć piękne melodie, wplatając w swoje utwory partie folkowe oraz organowe, kojarzące się może trochę z muzyką sakralną (posłuchajcie początkowego fragmentu singla „Luna” promującego album).

Charakterystyczny folkowo-rockowy “feeling” na albumie zespół osiąga dzięki obecności w składzie dwóch gitarzystów i dwóch klawiszowców (którzy wykorzystują “legendarne” instrumenty takie jakie jak mini-moog, melotrony czy organy Hammonda). Dodajmy do tego liczne partie grane na flecie, tubie, skrzypcach i akordeonie, partie chóralne i już będziemy mogli spodziewać się naprawdę interesującego albumu.

Tą ścieżką zespół podąża od początku istnienia (czyli jeszcze od lat 70., chociaż pierwsze albumy ujrzały światło dzienne dopiero w latach 80.). Początkowo, śpiewali po norwesku, co miało swój klimat. Początkowo występowali też pod nazwą Cash Pink. Sama nazwa zespołu, to, jak się wydaje, pewien żart, który najwyraźniej przetrwał próbę czasu. Kerr’s Pink to bowiem… nazwa odmiany ziemniaka uprawianego w okolicach Oslo, a wybór nazwy przez 16-letniego wówczas Josteina Hansena (dzisiaj już poza zespołem - choć raczej nie z przyczyny wyboru tej nazwy;)) miał mieć wydźwięk satyryczny wobec “zespołów, które umieszczały kolor PINK w swojej nazwie” (dzisiaj pamiętamy przede wszystkim jeden taki zespół, ale potrafię sobie wyobrazić, że w na przełomie lat 70/80 była to swoista moda). Dzisiaj muzykę komponują Harald Lytomt, Lasse Johansen i Per Langsholt. Teksty pisze wokalista Eirikur Hauksson (znany też jako wokalista innej norweskiej grupy Magic Pie), który jest z zespołem od 2008 roku. Kerrs Pink na tyle rzadko wydają nowe albumy, że “Presence Of Life” to dopiero drugi krążek, na którym staje on za mikrofonem.

Na płycie znajdziemy 6 utworów. Po kilku odsłuchach mam wrażenie, że znacznie ciekawsza i przyjemniejsza jest druga część albumu, może dlatego, że w muzyce Kerrs Pink bardziej niż gitarowe riffy lubię melodie i klimat, tymczasem dwa pierwsze utwory są rzeczywiście dość gitarowe. Bardzo przyjemnie zaczyna się robić od utworu numer trzy, czyli “The Book Of Dreams”, który trwa 9 minut, a najciekawiej jest na samym końcu - po piątym na płycie utworze “Luna” (który dostępny był już przed premierą i stanowi czterominutową pigułkę, która jest świetnym wprowadzeniem do muzyki Kerrs Pink dla nowicjuszy) słyszymy zwieńczenie albumu, kompozycję “In Discipline And With Love” (to już większa, bo dwunastominutowa dawka muzyki dla bardziej wymagających).

Dodam jeszcze, że wielokrotnie słychać nawiązania do wcześniejszych dokonań zespołu. Tak jest na przykład w utworze “Private Affairs”, w którym na samym początku słychać motyw przypominający mi bardzo wspaniałą kompozycję “Mystic Dream” z płyty „Tidings” z 2006 roku. Tą płytę zrecenzował wtedy Artur Chachlowski i nie wystawił jej wysokich ocen. Przyznam, że chętnie wdałabym się z nim w polemikę, bo już dawno sama umieściłam rzeczoną płytę na liście moich muzycznych fascynacji - czego dowód tutaj) między “Misplaced Childhood” Marillion a “Scenes From The Memory”. Jak widać odbiór muzyki jest sprawą bardzo indywidualną, tak więc nie pozostaje nic innego jak polecić Wam, żebyście sami przesłuchali “Presence Of Life” i sami sprawdzili, jak wam smakuje.

MLWZ album na 15-lecie