Cast - Vigesimus

Artur Chachlowski, Cast - Vigesimus

Kilka lat temu obchodzili 40-lecie swojej działalności, swoje płyty wydają nieprzerwanie od 1994 roku, już dawno stali się bardzo wyrazistą marką na scenie progresywnego rocka, dorobili się własnego festiwalu Baja Prog, w swojej ojczyźnie zyskali miano ambasadorów muzyki artrockowej, odbyli liczne trasy koncertowe po kilku kontynentach, a wydany na początku tego roku album zatytułowany „Vigesimus” jest już – zgodnie ze swoim łacińskim tytułem – 20. studyjnym krążkiem w dorobku meksykańskiej grupy Cast.

Nagrał go odnowiony przed kilkoma laty skład, którego najważniejszymi ogniwami są: grający na instrumentach klawiszowych główny kompozytor oraz założyciel zespołu, Alfonso Vidales, bardzo kompetentny wokalista Bobby Vidales, perkusista Antonio Bringas, basista Carlos Humaràn, skrzypek Roberto Izzo oraz gitarzysta Claudio Cordero. Ci dwaj ostatni, jako jedyni, nie mają meksykańskich korzeni (Roberto jest Włochem, a Claudio Chilijczykiem), ale obaj już dawno wpasowali się w tę doskonale naoliwioną i bezbłędnie funkcjonującą meksykańską progresywną rock machinę.

Nie od dziś wiadomo, że Cast gra muzykę trochę złośliwie przez niektórych określaną mianem ‘very busy progressive rock’, co można rozszyfrować jako intensywną odmianę prog rocka, opakowaną w długie i wieloczęściowe kompozycje, z żywiołowymi przejściami, połamanymi rytmami, licznymi zmianami tempa, mocno wyeksponowanymi partiami instrumentów klawiszowych, wielopiętrowymi aranżacjami oraz całą swoją złożonością i wielowarstwowością. Nie inaczej jest na najnowszej płycie. Cast brzmi na niej jakby czas zatrzymał się ćwierć wieku, a może i trzy dekady, temu. Przyznam, że przed laty, gdy kolejne płyty tej formacji ukazywały się jak grzyby po deszczu (były takie czasy, że Cast wypuszczał po 2-3 płyty rocznie) i wszystkie z nich zawierały obfitą porcję +70 minut muzyki, poczułem pewne znużenie tym dźwiękowym nadmiarem i przestałem śledzić losy tej formacji. Spora podaż materiału wypełniająca, było nie było, bardzo podobne do siebie płyty, wywołała u mnie pewnego rodzaju przesyt i zmęczenie materiału. Cast na jakiś czas zniknął mi z radaru, praktycznie do 2017 roku, kiedy to związał się z wytwórnią Progressive Promotion Records wydając za jej pośrednictwem album „Power And Outcome”. Ten długi rozbrat z muzyką meksykańskiej formacji w efekcie wyszedł nam na dobre. Zespołowi – gdyż wydaje mi się, że funkcjonuje obecnie na znacznie wyższym jakościowo pułapie niż w latach 90., a mnie – gdyż złakniony takich symfonicznych brzmień, nie tylko szerzej otwarłem uszy na nowe produkcje Cast, ale i podchodzę do nich teraz ze znacznie większą wyrozumiałością.

Pod względem stylistyki nowy album nie przynosi niespodzianek: 10 kompozycji (z czego 6 trwających po około 10 minut) i 77 minut muzyki utrzymanej w duchu, jakiego należałoby się spodziewać, gdy zna się wcześniejsze produkcje tego zespołu. Cast posiada swój charakterystyczny styl pełen teatralnego dramatyzmu i gorącego temperamentu opartego na żywych emocjach. Tak, emocje kipią tu w każdej minucie, tryskają z każdej zagranej nuty, każdej frazy zaśpiewanej przez Bobby’ego Vidalesa, wylewają się nawet z obrazków w szacie graficznej okładki i digipakowego pudełka. Grafikę zaprojektował zmarły w ubiegłym roku perkusista Enrique Slim. Album „Vigesimus” dedykowany jest siostrze lidera, Anie Luisie Vidales, która zmarła w 2017 roku, a także wieloletniemu wokaliście i fleciście zespołu, Dino Brassei (on z kolei zmarł dwa lata temu). Cast to wielka wielopokoleniowa muzyczna rodzina. Pamięta o tych, co odeszli, a także szeroko otwiera drzwi przed coraz młodszym pokoleniem. Śpiewający na „Vigesimus” Bobby Vidales jest synem Alfonso i jego żony Lupity Acuña, która, notabene, także udziela się na tym albumie w chórkach.

Na płycie „Vigesimus” mamy do czynienia z monumentalnymi kompozycjami (pytacie o podpowiedź na które warto zwrócić uwagę w pierwszej kolejności? Odpowiadam: moja ulubiona trójka to: 1. „Black Ashes And Black Boxes”, 2. „Location And Destination”, 3. „Dredging To The Higher Plane”, ale za kilka dni ta kolejność może całkowicie się przetasować, bo na przykład gdy piszę te słowa coraz bardziej zachwyca mnie instrumentalny temat „Contacto” oraz niesamowicie wyrazisty epicki utwór „The March”), w których błyszczą ekspresyjne gitary, ekwilibrystyczne solówki, mocno rozpędzone syntezatorowe pejzaże oraz smakowite smyczkowe aranżacje z przeplatającymi się ze sobą symfonicznymi, klasycznymi i hymnowo-epickimi pasażami. Jest tutaj chyba wszystko, co potrzeba by podbić serce wymagającego prog fana. Być może ten bardzo długi album nie zachwyca od początku do końca, być może zawiera w sobie kilka zbędnych nut, ale wiem na pewno, że jeżeli ktoś potrafi docenić rocka progresywnego utrzymanego w stylu vintage, to nowy album Cast powinien obowiązkowo stanąć na jego półce z najlepszymi tegorocznymi płytami. Ba, nie tylko stanąć na półce, ale i długo nie opuszczać odtwarzacza.

MLWZ album na 15-lecie