D Project

Cosmograf - Rattrapante

Artur Chachlowski, Cosmograf - Rattrapante

Czas płynie nieubłaganie i aż trudno uwierzyć, że „Rattrapante” jest już ósmym studyjnym albumem brytyjskiej progrockowej grupy Cosmograf, którą kieruje Robin Armstrong. Jej losy śledzimy na naszych łamach praktycznie od początku działalności Cosmografu, od wydanej w 2009 roku płyty „End Of Ecclesia”. Zauważyłem jednak, że w naszym małoleksykonowym archiwum brakuje recenzji ostatnich albumów. Nic co po płycie „Capacitor” (2014), a były jeszcze trzy kolejne krążki, nie zostało u nas opisane. Nie znaczy to wcale, że Cosmograf zniknął z naszych radarów, gdyż regularnie odnotowywaliśmy premiery nowych wydawnictw w audycji radiowej, ale z jakichś względów nie pisaliśmy o nich. Zastanawiałem się dlaczego? No i wydaje mi się, że jest tylko jedno wytłumaczenie: Robin i spółka z płyty na płytę obniżali loty. Już nie intrygowali i nie zachwycali tak jak na początku swojej działalności. Czyżby na pewnym etapie działalności zespołu wyczerpała się jego formuła?

Takie pytania stawiałem sobie w trakcie słuchania najnowszego albumu. Bo przyznam szczerze, wielkiego efektu zachwytu nie ma. Nie ma też niespodzianek. Ani in plus ani in minus. Cosmograf proponuje na albumie „Rattrapante” to co zwykle: mieszankę utrzymanych w progrockowym stylu długich i krótkich utworów, nasączonych duchem brytyjskiego rocka i nagranych z wykorzystaniem licznych efektów pozamuzycznych. Jednym z takich zabiegów jest sięgnięcie, nie po raz pierwszy zresztą, po dźwiękowe sample z NASA…

Nowy album opowiada o interakcji człowieka z czasem. „Potrafimy niezwykle precyzyjnie odmierzać czas, ale jeszcze bardziej potrafimy go marnować. A przecież określa on nasze istnienie i tworzy nasze wspomnienia” - mówi Robin Armstrong. I dodaje: „Niektórzy starają się go pokonać, będąc pierwszym lub najszybszym, a jeszcze inni wierzą, że dzięki swoim wizjonerskim osiągnięciom wygrają z nim walkę. Nie wiedzą nawet w jakim są błędzie”.

„Rattrapante” to francuskie słowo pochodzące od „rattraper”, co oznacza „dogonić” lub „przechwycić”. Chronograf Rattrapante mierzy równoczesne wydarzenia, takie jak międzyczas okrążenia i końcowy czas wyścigu. To chyba najlepsza z możliwych metafor ludzkiej interakcji z czasem i po nią właśnie sięgnął autor, by przy jej pomocy zaprezentować swoim słuchaczom nową muzykę.

Na płycie „Rattrapante” Robinowi Armstrongowi towarzyszą zaproszeni do nagrań muzycy. Tym razem nie ma w tym gronie wielkich nazwisk, ale jest wokalistka zespołu The Blackheart Orchestra, Chrissy Mostyn, śpiewająca w duecie z Robinem w utworze „I Stick To You”, który jest mityczną opowieścią o klątwie nieśmiertelności. Poza tym na płycie usłyszeć można perkusistę Kyle'a Fentona oraz lektora (słowo mówione oraz narracje wplatane w poszczególne kompozycje już dawno stały się znakiem firmowym Cosmografu) Tommy'ego McNally'ego.

Album posiada typowy dla Cosmografu klimat, ale żadna z pięciu wypełniających jego program kompozycji nie zachwyca od początku do końca. Owszem jest w nich coś, co zaintryguje i przykuje uwagę odbiorcy, ale dzieje się to zaledwie na krótką chwilę, zaś całość rozpływa się w masie rozlicznych dźwięków i rozciągniętych do granic wytrzymałości utworów. Owszem, ciekawe jest intro w otwierającej płytę kompozycji „1985”, tytułowy „Rattrapante” ze swoimi ‘kosmicznymi’ wstawkami też ma swoje momenty, „I Stick On You” zachwyca swoją lirycznością, a „Memories Lie” ze swoim epickim gitarowym solo niespodziewanie urasta do miana najlepszej w tym zestawie kompozycji, co dziwi o tyle, że następujący zaraz po niej finałowy utwór „Time Will Flow” goni w piętkę i nuży bezbarwnymi, rozmazanymi melodiami. Dobra produkcja oraz towarzyszące jej zabiegi były zawsze kluczowym elementem w przekazywaniu muzycznych wizji Armstronga. Jego gra na różnych instrumentach (gra on na gitarze, basie i klawiszach) nieźle komponuje się z muzyką, ale już charakterystyczny wokal, choć nadaje jego muzyce charakteru i wyrazistości, wydaje się jakby wymęczony i nadgryziony zębem… upływającego czasu.

Nie jest to zły album. Jak już powiedziałem, ma swoje momenty. Ma też swój klimat. Nakręćmy zatem i zsynchronizujmy swoje zegarki. Posłuchajmy pięciu muzycznych opowieści o upływającym czasie.

Wyciągnijcie z nich ile się da. Przesłuchajcie uważnie i to kilka razy. Z pewnością nie będzie to stratą czasu, choć nie ukrywam, że liczyłem na nieco więcej.

MLWZ album na 15-lecie