Pale Mannequin - Colours Of Continuity

Maciek Lewandowski, Pale Mannequin - Colours Of Continuity

Na platformie pewnego popularnego serwisu internetowego, który słynie z umieszczania przez użytkowników przeróżnych materiałów filmowych, często śledzę tak zwane kanały „Unboxing” (rozpakowanie, wyjęcie z pudełka), gdzie prezentowane są szczegóły wydań najciekawszych i najbardziej atrakcyjnych płyt z muzyką. Wspominam o tym dlatego, że drugi album warszawskiej grupy Pale Mannequin „Colours of Continuity” pasowałby tam wręcz idealnie!

Ich debiut płytowy sprzed dwóch lat „Patterns In Parallel” wydany był niezwykle skromnie, w kopercie, będącej namiastką digipacka, z zaledwie czterostronicową książeczką z tekstami. Teraz ten „Blady Manekin” staje się wręcz żywą postacią, pełną wspaniałych kolorów, symboli, gestów i mimiki. Wielka w tym zasługa Mateusza Twardocha – Sienkiewicza, autora i pomysłodawcy tej niezwykłej szaty graficznej. Obserwując jego projekty i prace, do których link z łatwością można odszukać na oficjalnym profilu zespołu, odnoszę wrażenie, że oto jawi nam się rodzimy Lasse Hoile – kultowy duński artysta i fotograf, autor fenomenalnych szat graficznych takich wielkich artystów jak np. Steven Willson, Porcupine Tree, Opeth, Soup, Dream Theater czy ostatnio Jane Getter Premonition.

To oczywiście jeden z elementów całokształtu albumu, ale niezwykle ważny i spójny z ideą zespołu. Dobitnie wręcz sprzeczny z ogólnie znaną tezą, że nie powinno się oceniać książki po okładce. W tym przypadku tak nie jest! Panowie wydając zaledwie drugą płytę, mają najwyraźniej ciekawy i oryginalny pomysł na swój image i, co najważniejsze, ścisłe połączenie tej artystycznej strony z muzyką, ukrytymi w niej emocjami, słowami i symbolami. Jest to przemyślane i bardzo profesjonalne.

Na wielki szacunek zasługuje również fachowa, opracowana na bardzo wysokim poziomie, oficjalna strona internetowa zespołu. To na niej w bardzo szczery i bezpośredni sposób muzycy opowiadają o swoich muzycznych inspiracjach, wymieniając bez żadnego skrępowania konkretnych artystów i tytuły płyt, stanowiące motywację do tworzenie swojego muzycznego świata. Lista tych wszystkich pozycji oraz rozpiętość stylowa jest tak wielka, że odnoszę wrażenie, iż to co oferuję nam warszawski kwartet jest rodzajem świeżo wyciskanego „muzycznego soku, koktajlu” na bazie którego zespół chce ugasić pragnienie słuchacza, szukającego niezwykłych, wysublimowanych doznań artystycznych, oferując nam ten „dźwiękowy trunek” . Polecam zaznajomienie z indeksem tych składników, gdyż dzięki temu będzie nam o wiele łatwiej zrozumieć wrażliwość muzyków, a tym samym wypadkową tego, co mają nam do zaoferowania, a zestawienie tych tytułów, proszę mi wierzyć, robi naprawdę wrażenie.

Proces powstawania kompozycji na płytę „Colours of Continuity” rozpoczął się już w 2018 roku, jeszcze przed wydaniem wspomnianego debiutu. Już wtedy autorzy Tomek Izdebski i Grzegorz Mazur, mieli pomysł i wizję, aby nowy materiał był bardziej żywy, dynamiczny, przy jednoczesnym zachowaniu tak ważnych dla nich elementów nostalgii, zamyślenia czy nawet melancholii. Duży wpływ na klimat płyty i kontrolę nad jej powstawaniem mieli Magda i Robert Srzedniccy, właściciele i producenci w słynnym studio Serakos. Robert Srzednicki, przypomnę młodszym słuchaczom, był sam kiedyś czynnym muzykiem i na początku lat dziewięćdziesiątych, wraz z m.in. Arturem Szolcem tworzył zespół Annalist, wykonujący rock neoprogresywny. Pozostawił on po sobie 4 naprawdę solidne i niezwykle dziś poszukiwane albumy. Wystarczy wpisać na popularnym portalu sprzedażowym nazwę zespołu Annalist, aby przekonać się jak bardzo fani (dosłownie) cenią sobie, tę już klasykę polskiego prog rocka. Srzedniccy, tym razem w roli producentów, mieli od samego początku nad wszystkim kontrolę w kwestiach brzmieniowych i technicznych, co znacznie ułatwiło pracę i w efekcie było bardzo komfortowe dla całego zespołu przy powstawaniu „Kolorów ciągłości”.

Punktem wyjścia i myślą przewodnią „Colours of Continuity” stało się założenie jak rzadko możemy zrozumieć i zinterpretować, jak rzeczy i poszczególne elementy życia, wpływają na siebie nawzajem. Często nie jesteśmy w stanie dostrzec ich sensu, z powodu zbyt wąskiej perspektywy, bycia zbyt blisko wydarzeń i zaangażowania, które próbujemy analizować, a nie zawsze potrafimy znaleźć na nie odpowiedzi. Dopiero patrząc z daleka, z odpowiedniej perspektywy, zrobienia wręcz kroku wstecz, pozwala nam to zrozumieć o wiele więcej. Dostrzec prawdziwe odcienie i tytułowe kolory, które z bliska bywają często złudne i są nie do odróżnienia.

Na program albumu składa się dziewięć kompozycji trwających w sumie ponad 50 minut. Klimatem są one bardzo zbliżone do siebie i nie jest to wcale zarzut, a wręcz przeciwnie. Muzyka płynie, dryfuje, a my mamy poczucie jakbyśmy czytali coraz bardziej wciągającą i mądrą książkę. Duża to też zasługa ciekawych, poetyckich tekstów, które wprowadzają nas w ten kolorowy świat własnych interpretacji i przemyśleń. Dzięki temu jest to zdecydowanie płyta, którą należy słuchać w całości i w skupieniu. Smakuje wtedy wybornie, a paleta muzycznych barw jest adekwatna do tej jakże oryginalnej, cudownej i przemyślanej oprawy graficznej znajomej z okładki.

Płytę otwiera sprawiający wyłaniającego się z głębokiego snu „The Sleeper”, który w końcu budzi się i urzeka nas swoją melodią stworzoną na bazie delikatnie brzmiących instrumentów. „Inkblot” to już bardziej dynamiczny rockowy utwór, z bardzo ciekawie wplecionymi chórami, nad którymi króluje kapitalna gitara w riversidowym stylu. „Scattered” to ponownie utrzymana w wolniejszym tempie kompozycja z delikatną pchychodeliczną domieszką, która niczym sprawny hipnotyzer wprowadza nas w trans i uruchamia nasze myśli, marzenia, ale także obawy, a nawet dramaty. Jest to utwór wybrany na drugi singiel promujący wydawnictwo. Pierwszym zaś był, następujący po nim „Most Favourite Trap” skomponowany, jak mówią sami autorzy, dosłownie w kilka godzin, podczas pięknego, słonecznego dnia, w ciągu którego można delektować się jego letnią beztroską w dowolny sposób, ale także niestety popełnić potworny błąd, brzemienny w skutkach na nasze dalsze życie. Na uwagę w nim zasługuje niezwykłe brzmienie basu, mającego kontrole nad zmianami tempa i pojawiającym się świetnymi partiami gitar i klawiszy. To trafny wybór na promujący płytę singiel, gdyż jego przebojowy potencjał jest naprawdę wielki.

Pierwsza dłuższa kompozycja, trwająca ponad osiem minut - „Inetria” - otwiera przed nami bardziej rockowe i zadziorne oblicze w swojej pierwszej fazie, która mniej więcej w połowie przechodzi w delikatniejsze, na wpół akustyczne rozmarzone dźwięki, opisujące romantycznie te nieodłączne smaki kolorów. To piękny i bardzo dojrzały utwór z kapitalną finałową wokalizą, w formie niezwykle intrygującego chóru.

„Maniac’s Mind” to powrót do niespiesznego, leniwego tempa ubranego w bardziej jesiennie brzmiące akustyczne barwy, choć i nie pozbawionego elektrycznych elementów, niczym delikatne burzowe odgłosy kończącego się lata.

I tak oto dochodzimy do najdłuższej na płycie kompozycji tytułowej „Colours of Continuity”, będącej bez wątpienia najważniejszym utworem na płycie. To blisko jedenaście minut progresywno–metalowej atmosfery, stworzonej według najlepszych wzorców. Pachnie tu jednoczenie Floydem, ale nade wszystko klimatem atmosferycznego oblicza Opeth - kapeli, którą dwaj liderzy Pale Mannequin wymieniają zgodnie jako jedno z ukochanych źródeł swoich inspiracji.

Płytę zamyka utwór „In Mono” z intersującym początkiem i końcem w formie klamry, w której muzycy wykorzystują efekt odtworzenia paru fraz dźwięków, w sposób jak kiedyś wstecz przewijało się kasety magnetofonowe. Zaś w środku pomiędzy nimi słyszymy muzyczny kolaż przeróżnych tematów opartych na przeplataniu doskonale brzmiącej sekcji rytmicznej z gitarowymi motywami, stanowiący inteligentną finałową repryzę tego niezwykłego albumu.

Szczere i duże wyrazy szacunku należą się tym młodym czterem muzykom, którzy w bardzo zdecydowany sposób wkraczają, nie boję się zaryzykować tego stwierdzenia, do rodzimej ekstraklasy ambitnego rocka. Tą drugą płytą podnieśli sobie poprzeczkę naprawdę bardzo wysoko, co cieszy i napawa dumą, że mamy coraz więcej zdolnych zespołów, o których w przyszłości może usłyszeć cały muzyczny świat. Tak jak uczynił to swoją ciężką pracą, konsekwencją i talentem chociażby Riverside, będący również bardzo istotną inspiracją dla Pale Mannequin.

Życzę im tego od serca… i jednocześnie dziękuję za tak piękny i kolorowy album, stanowiący ważną ozdobę w kolekcji polskich płyt tego roku.

MLWZ album na 15-lecie