Big Big Train - Common Ground

Maciek Lewandowski, Big  Big Train - Common Ground

Gdyby przed 2020 rokiem największe światowe autorytety w dziedzinie medycyny i wszelkich nauk pokrewnych, przewidziały i przestrzegły nas przed czymś tak strasznym jak pandemia, zapewne większość z nas zbagatelizowałaby taką czarną wizję, traktując tą wiadomość jako kolejny mniej lub bardziej błahy news w natłoku wielu innych informacji. Komu z nas przyszłoby do głowy, że zostaniemy zamknięci w naszych domach, że staniemy się świadkami śmierci najbliższych, znajomych, że nie będziemy mogli wykonywać tak prozaicznych czynności jak wyjście do restauracji, na łono natury, że ten nasz świat, w erze tak wielkiego postępu technologicznego, zmieni się nie do poznania i będzie bezbronny wobec morderczego wirusa, który nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Życie codzienne zmieniło się całkowicie. Trauma i skutki lockdownu będą nas zapewne prześladować do końca naszych dni i na zawsze wpisały się już w historię, dotykając praktycznie każdej dziedziny życia. Wywarło to również wielki wpływ na artystów, których twórczość i plany koncertowe zostały całkowicie sparaliżowane. Lecz kiedy sale koncertowe świeciły wymuszoną pustką, wielu artystów próbowało jakoś odreagować w swoich domowych, studyjnych zaciszach. Często na odległość z kolegami z zespołu, tworzyli muzykę, będącą ich głosem i refleksją na temat tych „chorych dni”.

Nie inaczej było z zasłużoną grupą Big Big Train, która to w 2019 roku, tuż po wydaniu swojej ostatniej dotychczas płyty "GrandTour", miała bardzo ambitne plany koncertowe. Niestety z przyczyn już dziś oczywistych, musiała odwołać trasę, w tym przede wszystkim długo wyczekiwane pierwsze występy w Ameryce Północnej. Mało tego, kolejnym skutkiem ubocznym globalnej pandemii stało się również odejście trzech wieloletnich członków zespołu – skrzypaczki i wokalistki Rachel Hall, gitarzysty Dave’a Gregory’ego oraz keyboardzisty Danny’ego Mannersa.

Na całe szczęście nie podcięło to skrzydeł pozostałym członkom zespołu, którzy postanowili, jak nigdy dotąd, pomimo niesprzyjających okoliczności zintegrować swoje twórcze siły i pracując zdalnie pomiędzy Wielką Brytanią (David Longdon - wokal, flet, Gregory Spawton – gitara basowa), Szwecją (Rikard Sjöblom - gitara, instrumenty klawiszowe, chórki), a USA (Nick D'Virgilio (perkusja, wokal)) stworzyć najnowsze dzieło zatytułowane "Common Ground", które ukazało się 30 lipca 2021 r.

Myślą przewodnią tego albumu jest komunikacja międzyludzka i umiejętność życia w społeczeństwie. Nad tekstami unosi się cień pandemii, na którą to, według artystów, najlepszą receptą jest siła wynikająca ze współpracy i wsparcia każdego człowieka.

Płytę otwiera pięciominutowa piosenka "The Strangest Times", która z pozoru brzmi optymistycznie, a nawet banalnie, ale tak naprawdę jest trafnym podsumowaniem nagromadzonych frustracji, które odczuwaliśmy wszyscy w ciągu ostatniego roku. Jest to utwór automatycznie kojarzący się z twórczością Sir Eltona Johna, szczególnie za sprawą linii fortepianu. Wokal Longdona jest niezwykle silny, towarzyszy mu chwytliwy chór i perfekcyjnie uzupełniająca całość gitara. Często teksty zespołu odnosiły się do historii lub postaci z nią związanych. Tym razem dotyka on nas tu i teraz, naszych przeżyć, tego jak właśnie zmienił się obecny świat nieodwracalnie. Świat, w którym zwyczajny, aczkolwiek dotychczas często niedoceniany, wręcz uzdrowicielski kontakt z naturą stał się dla nas niemożliwy.    

Następny ośmiominutowy utwór „All the Love We Can Give" jest afirmacją miłości, która jeśli jest szczera, potrafi wznieść nas na wyżyny i swoją siłą przegonić wszystkie czarne chmury. Tylko czy taka miłość, która sprawia, że serce rośnie, a uczucie i prawda wygrywa, jeszcze naprawdę istnieje w tych obłudnych i zakłamanych czasach?!... To w dużej mierze kompozycja D'Virgilio, który zawsze wkłada mnóstwo niuansów i emocji w swoje muzyczne aranżacje. Logdon zaskakuje nas tu głębszym tonem śpiewu oraz duetem z D'Virgilio, na tle kontemplacyjnych organów Hammonda. Gitara sprawia wrażenie dyrygenta prowadzącego cały zespół, a fantastyczna sekcja rytmiczna kieruje nas bezpośrednio na tereny stricte progrockowe o skomplikowanej strukturze. Są one pełne energii i niepozbawione muzykalności, a jednocześnie drapieżności, ze wszystkimi cechami… Spock's Beard. Choć, jak przeczytałem wypowiedź Nicka, jest to kompozycja podobno inspirowana albumem Davida Bowiego „Let's Dance”, a w szczególności utworem „Modern Love”.

Kolejny, „Black With Ink”, zaczyna się trochę jak zaginiony przebój rodem z lat 80, niczym hybryda dźwięków nasuwających skojarzenia z Kim Wilde i jej hitem „Kids In America” oraz genesisowskim „Turn It On Again”. Rozłożenie głównego wokalu na różnych członków zespołu i zdecydowanie „ciemniejsza” środkowa część powoduje, że jest to jeden ciekawszych utworów z początku albumu. Przenikające się wokale, w tym także żeński w wykonaniu Carly Bryant, brzmią niczym wezwanie do działania. To kolejna rockowa melodia wypełniona tradycyjnymi elementami rodem z lat 70. płynnie ustawionymi obok nowoczesnego prog rocka. Wspaniały tekst utworu, nawiązuje do niszczenia historii i jej artefaktów, polegającego na wrzucaniu ksiąg i pergaminów do rzeki Tygrys w XIII wieku. Skutkiem tego była zawarta w tytule piosenki „czarna od atramentu” woda. Refren za to dobitnie ukazuje prawdę o nas i straconych szansach:

 

We see the same stars

Walk the same ground

Lit by the same sun

We could be one.

Czterominutowy „Dandelion Clock” to nostalgiczna i przemyślana piosenka, która działa niczym balsam na serce. To zdecydowanie refleksyjny i piękny kawałek muzyki ze szczerym, serdecznym wokalem Davida Longdona wychwalającym moc i piękno natury. To jednocześnie ostatni utwór, który stanowi ukoronowanie pierwszej części albumu.

Drugi rozdział płyty „Common Ground” inicjują dwie instrumentalne kompozycje. Pierwsza z nich to krótki sentymentalny utwór "Headwaters" oparty na głębokim, powolnym fortepianie. Drugi, blisko ośmiominutowy „Apollo”, jest za to przykładem najbardziej tradycyjnego progresywnego rocka i najbliżej mu do wcześniejszych nagrań BBT. To także, jak wyznał Nick D'Virgilio, „jego wersja utworu „Los Endos” Genesis, w której autor chciał ująć talent i popisy wszystkich muzyków Wielkiego Pociągu”.

Tytułowa kompozycja była pierwszym utworem promującym to wydawnictwo. Czuć w niej ducha połowy lat 70. Rosnące harmonie wokalne, są niczym równoległe tory, a potężne melodie tworzą energiczną i namiętną piosenkę. Skupiający uwagę tekst wzywa nas do tak oczywistych i ludzkich odruchów, jak życzliwość, tolerancja i miłość. Ale czy nie stały się one w dzisiejszych czasach tak deficytowe, że aż trzeba „domagać się naszej wspólnej płaszczyzny”? To bardzo dojrzały kawałek muzyki, a jednocześnie aktualny „raport” o kiepskim stanie człowieczeństwa na naszej planecie.

Tak oto docieramy do opus magnum tej pyty. Kwintesencją muzyki grupy Big Big Train były zawsze epickie kompozycje i taką właśnie jest majestatyczny, ponad piętnastominutowy „Atlantic Cable”. To wspaniała muzyczna opowieść o układaniu liczącego 3000 mil kabla telegraficznego na dnie oceanu, łączącego Europę z Ameryką Północną. Pierwszy transatlantycki przewód powstał w 1866 roku i połączył miejscowości Foilhommerum na wyspie Valentia (zachodnia Irlandia) a Heart's Content na wschodnim wybrzeżu Nowej Fundlandii. Inwestycja ta pozwoliła na szybkie, praktycznie kilkuminutowe, dostarczanie wiadomości telegraficznej pomiędzy Europą a Ameryką. Przy dzisiejszej technologii i szybkości nawiązywania kontaktów historia ta może wywoływać na naszych twarzach uśmiech, ale 155 lat temu wydarzenie to zrewolucjonizowało komunikację pomiędzy dwoma kontynentami. Nadawcą pierwszej wiadomości była brytyjska królowa Wiktoria, która wysłała tym sposobem telegram gratulacyjny do ówczesnego prezydenta USA Jamesa Buchanana. Zdarzenie to wzbudziło wielki entuzjazm po obu stronach Atlantyku, gdyż poprzednio używano w tym celu… statków, co przy sprzyjających wiatrach trwało zazwyczaj około 10 dni.

A wracając do samego utworu, to jest to prawdziwy kwadrans muzycznych doznań płynących prosto z serca i duszy wszystkich twórców. Usłyszymy tu wiele różnych wątków, które są wręcz znakiem towarowym Big Big Train: delikatny fortepian i flet, dynamicznie wściekły syntezator, organowe solo, paletę gitar, w tym również pedały basowe, oraz ekwilibrystyczne fragmenty perkusyjne. To bezdyskusyjny muzyczny majstersztyk!

Cudownym finałem tej płyty jest przejmująca, blisko siedmiominutowa kompozycja, której tytuł jest najprostszym z możliwych – „Endnotes”. Muzycznie zaś to niespieszny, przepiękny, balladowy rock z elementami folku, które zawsze były bardzo istotne w przypadku twórczości Big Big Train. Wsłuchując się w niego z należytą uwagą możemy odnieść wrażenie dosłownie dryfowania w dół rzeki prosto do morza, a wszystko to za sprawą genialnej kreatywności muzyków, wzmocnionych tym razem orkiestrą dętą oraz cudownie wyśpiewywanych słów przez Longdona, wspieranego przez cały zespół. Dawno nie słyszałem tak podnoszących na duchu, poetyckich wersów:

Struggle with words

Cabbage white

Not chalk hill blue

Never grew wings

And flew

 

Gods of the land and the sky

Will not cross this

Uneven path I walk alone

 

Come as you are

Just as it is

Not what you hoped for

But give all you can give

And with good luck

And in good time

When you need a hand

She will be by your side

 

Adrift on the tides

As a storm

Chases down

The wake behind me

 

A beat of the sun

Burns through cloud

Gives light to an autumn bloom

That somwhow grew

 

Sleep under stars

Walk in the woods

Swim in the seas

Make footprints on the sand

Holding her hand

Right to the еnd

When the light is low

And the music fadеs

 

On the skyline

A lightning blown tree

Weathered and broken

On the water

The driftwood breaks free

On its way

Down the river

To the sea.

Cała „załoga” Wielkiego Pociągu stworzyła wyjątkowe muzyczne dzieło. Nie wolno również pominąć „maszynisty” w osobie Roba Aubreya, odpowiedzialnego za ostateczny mix albumu. Chciałbym również zwrócić szczególną uwagę na niezwykle piękną i jednocześnie sugestywną okładkę płyty autorstwa Sary Ewing. Jest ona moim skromnym zdaniem fantastycznym symbolem naszych czasów i godna jest każdej kolekcji sztuki współczesnej. Brawo!

Big Big Train pomimo personalnej rewolucji udowadnia dobitnie, że ma się doskonale i podąża we właściwym kierunku. Można oczekiwać, a wręcz być pewnym, że tym albumem zespół zyska nowych odbiorców, a wszystkie planowane koncerty, w tym te tak bardzo wyczekiwane za Atlantykiem, dojdą do skutku i okażą się zasłużonym sukcesem.

To wyrafinowany, perfekcyjnie wyprodukowany, wręcz dopieszczony album. Pełen szerokiej palety wszystkich możliwych muzycznych smaczków, kunsztu i kreatywności. Jestem pewien, że to jedna z najważniejszych progresywnych płyt bieżącego roku i niezaprzeczalnie stanowi kronikę tego, co przeżyliśmy w tym strasznym okresie, w którym wspólna płaszczyzna, nić porozumienia i uścisk dłoni życzliwych ludzi spowodował pojawienie się nadziei, że dzięki temu przetrwaliśmy te najdziwniejsze czasy, w których nadejście jeszcze dwa lata temu nikt by nie uwierzył…

Płyta ukazała się nakładem własnej wytwórni zespołu, English Electric Recordings, a pełna lista muzyków obecnych na „Common Ground” przedstawia się następująco:

- David Longdon - wokal i chórki, flet, dodatkowa gitara akustyczna oraz klawisze,

- Gregory Spawton - gitara basowa, pedały basowe,

- Nick D'Virgilio - perkusja, instrumenty perkusyjne, wokal i chórki,

- Rikard Sjöblom - gitara, instrumenty klawiszowe, chórki

oraz gościnnie:

- Carly Bryant - wokal i chórki,

- Dave Foster - gitara prowadząca,

- Idan O'Rourke – skrzypce.

Dziękuję im wszystkim za tą ponadgodzinną, cudowną muzyczną podróż najwyższej próby… w przeszłość oraz… w przyszłość…

MLWZ album na 15-lecie