D Project

Glass Kites - II

Artur Chachlowski, Glass Kites - II

Przyznacie sami, że dzień wydania płyty - 1 stycznia 2021 roku - to data dość szczególna. Rzadko zdarza się, by zespół rockowy z premierą swojego nowego wydawnictwa czekał akurat na Nowy Rok. Szczególnie, gdy od wydania poprzedniej płyty minęło dziewięć długich lat. To pierwsza uwaga, która nasunęła mi się, gdy w moje ręce wpadła nowa płyta Kanadyjczyków z grupy Glass Kites. A druga to taka: skoro od ‘jedynki’ minęło aż dziewięć lat, to czemu, na Boga, album „II” jest tak przeraźliwie krótki? Zawiera ledwie 30 minut muzyki i nie wierzę, że w tym czasie zespół nie zdołał nic więcej skomponować…

Ale przejdźmy do samej muzyki. Jak już wspomniałem, zaledwie 30 minut podzielonych jest na pięć utworów. Najpierw pojawia się instrumentalne intro „Soviet”. To spokojne, ale nabierające tempa, klimatyczne granie, oparte na syntezatorowych plamach i delikatnych dźwiękach gitar, stanowiące skrzyżowanie muzyki elektronicznej i post rocka. Następnie mamy wyłaniającą się z intra zgrabną piosenkę ”In The Night”. To utwór, który idealnie mógłby nadawać się do roli promującego album singla. Szczególne uznanie należy się wokaliście (grającemu także na gitarach i syntezatorach) Leonowi Feldmanowi. Utwór numer 3 to ośmiominutowy „Leviathan”- rzecz trochę rozwlekła i nijaka. W środkowej części pulsujące syntezatory i delikatnie falujące basowe rytmy łączą się z robotycznym wokalem i prostymi pociągnięciami klawiszy, co przywołuje na myśl styl synthwave. Tak! Chociaż może tylko tak mi się wydaje? Bo muzyka na „II” zdecydowanie wymyka się wszelkim definicjom. Świadczy o tym chociażby kolejny temat - niespełna trzyminutowe instrumentalne nagranie „Ideologue” oparte na syntezatorowych plamach, zawierające mocno wyeksponowane dźwięki fortepianu, a w dodatku utrzymane w rozmarzonym klimacie a’la Vangelis.

Trwający ponad 10 minut ostatni utwór „Discworld / Projector” to zdecydowanie najlepszy fragment albumu, no i trzeba podkreślić, że swoją długością obejmuje on aż jedną trzecią tej płyty. To wysmakowana, marzycielska kompozycja, która w miarę upływu czasu nabiera tempa i mocy. Pod koniec czwartej minuty pojawia się fajny przebojowy motyw, który momentalnie zapada w pamięć. Kompozycja ta składa się z różnych segmentów, które wykorzystują zróżnicowane klimaty i dynamikę zmieniających się eksperymentalnych, niekiedy lekko jazzujących, motywów. Całość utrzymana jest oczywiście w atmosferycznej aurze, a powoli budujące się napięcie rośnie aż do efektownego finału okraszonego soczystym gitarowym solo w wykonaniu Cyrta Hendersona.

Trzeba podkreślić, że „II” grupy Glass Kites jest wciągającą płytą, wymagającą skupienia i uwagi. Kanadyjczykom udało się utrzymać w swych nowych produkcjach wiele kluczowych elementów, które sprawiły, że ich pierwszy album był tak przyjemny w odbiorze. Być może nowa płyta nie wzbudziła u mnie równie wielkiego entuzjazmu, ale przyznam, że podoba mi się ta akustyczna, niemal shoegaze’owa kreatywność zespołu i z wielką niecierpliwością, zapewne spowodowaną niedosytem z zaledwie 30 minut nowej muzyki, zamierzam śledzić dalsze losy tej grupy. Miejmy tylko nadzieję, że Glass Kites na swoją ‘trójkę’ nie każe nam czekać aż do 2030 roku…

MLWZ album na 15-lecie