Burntfield - Impermanence

Artur Chachlowski, Burntfield - Impermanence

Niby wszystko w życiu jest nietrwałe, jak w tytule recenzowanej dziś przeze mnie płyty, ale pewne rzeczy wydają się – mimo wszystko – powtarzalne i przewidywalne. Pamiętam jak dziś, gdy pod koniec ubiegłego roku, kiedy wydawało mi się, iż mam już pozamykane wszystkie klasyfikacje i rankingi, w moje ręce trafił album „The Withering” fińskiej grupy Naryan i… było pozamiatane. Powywracał do góry nogami moje prywatne muzyczne hierarchie AD 2020 i do dziś pamiętam, że czułem wtedy jakby w moją kolekcję zeszłorocznych płyt wpadła autentyczna bomba.

Teraz jest podobnie. Dotarła do mnie płyta „Impermanence” innego zespołu o fińskim rodowodzie – Burntfield (choć jego lider Juho Myllylä mieszka na co dzień w Amsterdamie). Efekt może nie aż tak rażący, ale przyznam szczerze, że też – jak Naryan przed rokiem – mocno namiesza w moim zestawieniu ulubionych płyt. Też zafascynowała mnie ogromnie, wciągnęła bez reszty i przez skórę czuję, że muzyczna końcówka roku przebiegnie pod jej znakiem. Nawet okładkę ma podobną!

Nic nie jest trwałego, ale historia lubi się powtarzać…

Płyta „Impermanence” to już druga, po „Hereafter” (2018), pozycja w dyskografii zespołu Burntfield i jest niezwykle krótka jak na współczesne standardy (trwa niespełna 37 minut). W dodatku zawiera wyciszoną, melancholijną i spokojną muzykę. Podzielona jest ona na 8 stosunkowo krótkich, z reguły trzyminutowych utworów. Jedynie kompozycja tytułowa zbliża się do dziesięciominutowego formatu i w swoim kameralnym patosie sięga wręcz epickiego poziomu. Reszta to proste rockowe piosenki osadzone w klimatycznej atmosferze. Melodyjne, gdy potrzeba uduchowione, kiedy indziej nieco bardziej dynamiczne, ale zawsze chwytające za serce swoim eleganckim nastrojem. Piękne. Jak i cała płyta.

Otwiera ją momentalnie zapadający w pamięć kawałek „Empty Dream”, po którym rozlega się pierwszy z killerów na tym albumie – wzorowany na chwytliwym beacie a’la zeppelinowski „Kashmir” utwór „Back Again. Wspaniała rzecz. Numer 3 – z pewnych względów (opiszę je później) – odpuszczam, ale już z indeksem 4 pojawia się następne rewelacyjne nagranie – zaśpiewane przez Juho z gościnnym towarzyszeniem Veery-Seliny Lajoma „Something Real”. Kolejny utwór – „The Light” – i kolejny duży plus: znów na chwilę robi się nieco bardziej dynamicznie, co stanowi pewną przeciwwagę dla stonowanego nastroju, który panuje przez większość czasu trwania tej płyty. Zresztą zaraz potem znowu zanurzamy się w melancholii we wzruszającej, a przy tym jakże pięknej, piosence „Thank You For Everything”.

Jak już wspomniałem, nie ma na tej płycie długich utworów. Za wyjątkiem kompozycji tytułowej. A jest to rzecz absolutnie wyjątkowa. Po kilku leniwych uderzeniach pianina rozpoczyna się rytmiczną kawalkadą i wpadającą w ucho linią wokalną, by po czterech minutach, po krótkim fortepianowym pasażu, przeobrazić się w lekko transową, nasączoną uporczywym gitarowym motywem sekcję instrumentalną. I gdy wydaje się, że w finale muszą powrócić wokalne frazy, nic takiego się nie dzieje – zamiast tego coraz bardziej rozbudowana część instrumentalna narasta i w efekcie niepostrzeżenie prowadzi do zakończenia płyty. A jest nim… kolejne mocne instrumentalne uderzenie w postaci opartego na fortepianowych dźwiękach oraz orkiestracji wielce melancholijnego utworu „Everything Will Change”. To jakby naturalne przedłużenie kompozycji „Impermanence”, a zarazem utwór godny finału tej krótkiej, acz wypełnionej bogatą treścią i szeroką paletą emocji, płyty. Finał godny tego dzieła.

Pośród tych ośmiu, w większości fascynujących, utworów jest jeden – wybrany na singla „Trust In You” - którego jednakowoż zdzierżyć nie mogę. Odbiega on swoim klimatem od pozostałych, mocno zakotwiczony jest w jakimś dziwacznym rytmie i stylu, którego nie powstydziłby się może zespół Level 42, lecz na tle innych nagrań na „Impermanence” wypada po prostu blado. Niewątpliwie ma on w sobie jakiś radiowy potencjał, ale nie interesuje mnie to zbytnio, gdyż „Impermanence” to płyta wybitnie nie-radiowa. Dlatego z reguły moja ręka wędruje przy tym nagraniu do klawisza NEXT, co czyni ten album jeszcze krótszym. Ale podobno małe jest piękne… I tak to działa w przypadku tej płyty.

Muzyka grupy Burntfield najszybciej trafi do tych, którzy lubią atmosferyczny rock, taki jaki oferują swoim fanom w swoich spokojnych utworach na przykład zespoły Katatonia i Anathema. Dodatkowy walor tego wydawnictwa odkryją słuchacze cechujący się cierpliwością. Bo im więcej razy się go słucha, tym więcej piękna odsłania on przed odbiorcą: coraz ładniejsze melodie, zapadające w pamięć refreny i niesamowity nastrój - przeważnie melancholii i tęsknoty…

Nie dziwicie się więc, że album „Impermanence” namiesza w czołówce moich tegorocznych ulubieńców. Historia lubi się powtarzać…

MLWZ album na 15-lecie