This Winter Machine - Kites

Artur Chachlowski, This Winter Machine - Kites

Nowy album grupy This Winter Machine rozpoczyna się od magicznych dźwięków fortepianu w instrumentalnym intro „Le jour d’avant”. Zgodnie z tym tytułem (z francuskiego: „dzień wcześniej”) wchodzimy w sielankowy, pełen słonecznego optymizmu, pogodny nastrój zwiastujący jednak to, co chwilę potem ma nastąpić. Bo to tylko cisza przed burzą, gdyż po chwili rozlegają się odgłosy zbliżających się grzmotów, szum deszczu i narastający powiem coraz silniejszego wiatru… Rozpoczyna się dwuczęściowa kompozycja zatytułowana „The Storm”. To jeden z najważniejszych utworów na tym albumie. Zaczyna się od groźnych, apokaliptycznych ostrzeżeń, mocno dudniących bębnów Alana Wilsona i złowrogiej linii basu w wykonaniu Dave'a Close'a. Po łagodnym intro to gwałtowna i niespodziewana burza po słonecznym dniu. Totalne zaskoczenie. Bo nic nie znamionowało tego huraganu, który przetacza się przez nasze uszy przez 10 minut, jakie trwają dwie części „The Storm”.

Przed nagraniem tej płyty prawdziwa burza przetoczyła się też przez grupę This Winter Machine. Po dwóch bardzo dobrze przyjętych albumach: „The Man Who Never Was” (2017) oraz „A Tower Of Clocks” (2019) szybko powiększające się grono fanów tej młodej brytyjskiej grupy przeżyło prawdziwy szok: w składzie This Winter Machine pozostał jedynie wokalista Al Winter. Musiał on zbudować swój zespół praktycznie od nowa. Takie zamieszanie w przypadku większości tak ciężko doświadczonych grup oznaczałoby zapewne koniec ich działalności, ale po przesłuchaniu płyty „Kites” muszę przyznać, że  ​​Al wykorzystał tę personalną zawieruchę jako okazję do odrodzenia się swojego zespołu w jeszcze mocniejszej formie. Co nas nie zabije, to nas wzmocni…

Brzmienie This Winter Machine na „Kites” nadal pozostaje rozpoznawalne, ale przede wszystkim dzieje się tak za sprawą  wokalu Ala Wintera. Jego śpiew, artykulacja oraz sposób ekspresji są pomostem łączącym dwie poprzednie płyty z tą najnowszą. Bogatsze są za to brzmienia gitar – gra na nich dwóch muzyków: Dave Close oraz Simon D’Vali. Inaczej brzmią też  klawisze. Odejście pianisty Marka Numana było potencjalnie najważniejszym problemem dla zespołu, ponieważ od samego początku był on centralnym członkiem grupy, jeśli chodzi o  komponowanie. Pozostawił on po sobie w spadku dwa utwory „This Heart’s Alive” i „Broken” („Broken” to bardzo przyjemna fortepianowa ballada, która w trakcie swoich pięciu minut powoli, lecz konsekwentnie, przeradza się w hymnowy, niemalże stadionowy przebój) i oba należą do najbardziej wyrazistych fragmentów nowego wydawnictwa. W tym drugim wykorzystano zresztą oryginalne partie syntezatorów nagrane przez Marka Numana. Problem z klawiszami rozwiązano ostatecznie powołując do grupy (ale tylko w charakterze zaproszonego gościa) Pata Sandersa z zespołu Drifting Sun (niedawno grupa ta przypomniała się zrecenzowaną u nas  płytą „Forsaken Innocence”). A skoro mówimy już o gościach, to warto podkreślić, że piosenkę „Sometimes” zaśpiewał nazwany już dawno na naszych łamach „zespołokrążcą” Peter Jones (Camel, Tiger Moth Tales, Cyan, Red Bazar, etc.), a solo na gitarze w „The Storm” wykonał Mark Abrahams z grupy Wishbone Ash.

O efektownym początku płyty wspomniałem we wstępie do niniejszej recenzji. Na co jeszcze warto zwrócić uwagę słuchając albumu „Kites”? Podobać może się utwór „This Heart's Alive”. Rozpoczyna się spokojnie i dostojnie z delikatną gitarą akustyczną i subtelnymi syntezatorami, a następnie łagodnie rozwija się płynąc wraz z harmonicznym śpiewem Wintera oraz chwytliwym refrenem odśpiewanym, niczym mantra, wielokrotnie, w tym raz, pod sam koniec, acapella, powodując tym samym, że przewijający się w tym nagraniu motyw melodyjny szybko i na długo zapada w pamięć. Świdruje zakamarki umysłu i powoduje, że „gra” w naszej głowie sam, nawet gdy płyta nie kręci się już w odtwarzaczu. 

Wspomniany już wcześniej utwór „Sometimes” to dowód na to, że Al Winter ma niebywały talent do pisania lirycznych piosenek. Ballada ma wyraźnie folkrockowy charakter z delikatną linią gitary akustycznej, Peter Jones swoim śpiewem nadaje jej miłej dla ucha melodyjności, a następnie całość łączy się z chwytliwym refrenem oraz z urzekającą solówką na skrzypcach w wykonaniu Erica Bouillette'a,

Kompozycja „Pleasure & Purpose”, obok „The Storm” i „Sometimes”, wydaje się jednym  z najbardziej wyróżniających się utworów na  tym albumie. Umiejętnie i intuicyjnie łączy w sobie emocjonalny wydźwięk tekstu z ładną melodią i przyjemnym instrumentarium. To zarazem efektowna wizytówka ogromnych umiejętności wokalnych Wintera, płynnie przechodzącego od kruchości do prawdziwej pasji. Najlepsze piosenki często bywają najsmutniejsze, a jest to utwór przesycony ogromnym poczuciem żalu i porusza u odbiorcy czułą strunę

Płytę „Kites” zamyka optymistycznie brzmiąca i dynamiczna kompozycja tytułowa. Umieszczona na samym końcu stanowi prawdziwy kontrast w stosunku do pełnych melancholii utworów z wcześniejszej części płyty. Ten finałowy utwór ma w sobie coś tak chwytliwego, rozkrzyczanego i przebojowego niczym pamiętne „Incommunicado” Marillionu.

I jeszcze jedna ciekawostka. A właściwie obserwacja, która jest o tyle ważna, gdyż stanowi ważny element konstrukcji nowej płyty This Winter Machine. W jej programie porozrzucanych jest kilka dwuminutowych instrumentali, które stanowią łączniki, przerywniki, interludia, a tak naprawdę zapewniają muzyczną ciągłość całej płyty. O otwierającym całość „Le jour d’avant” już wspomniałem. Ale warto podkreślić, że kolejne dwa – „Limited” oraz „Whirlpool” mają w sobie niesamowity potencjał. Moim zdaniem na ich bazie mogłyby powstać prawdziwie epickie i monumentalne kompozycje. Z jakichś względów Al Winter i spółka postanowili zachować je w takiej miniaturkowej postaci. Widocznie tak musiało być.

I choć swoim uporem, talentem kompozytorskim oraz ciekawymi pomysłami Winter zapewnił grupie This Winter Machine ciągłość, to odnoszę wrażenie, ze „Kites” jest nowym otwarciem dla tego zespołu. Klocki poukładały się na nowo i coś, co z pozoru wydawało się mission impossible, wypaliło więcej niż przyzwoicie. Mam pewność, że płytę „Kites” będziemy wspominać jako jedno z najbardziej melodyjnych progrockowych wydawnictw 2021 roku. Dobry, a nawet bardzo dobry to album. Polecam z całego serca.

MLWZ album na 15-lecie