Kite Parade - The Way Home

Artur Chachlowski, Kite Parade - The Way Home

1 marca nakładem wytwórni White Knight Records ukazał się debiutancki album brytyjskiej grupy o nazwie Kite Parade zatytułowany „The Way Home”. I pewnie nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie nazwiska osób, które pomagały liderowi Kite Parade, Andy Fosterowi, w nagraniu tej płyty: miksem i masteringiem zajął się Rob Aubrey (m.in. Big Big Train, IQ), w pięciu utworach na perkusji zagrał Nick D’Virgilio, w dwóch pozostałych Joe Crabtree (ex-Pendragon, Wishbone Ash), a teksty napisał Steve Thorne.

I można by pomyśleć, że Kite Parade to kolejna z wielu objawiających się ostatnio supergrup, lecz de facto jest to raczej kreatywne alter ego Andy'ego Fostera lub, jak kto woli, jego jednoosobowy projekt (oprócz perkusji gra on na prawie wszystkich instrumentach oraz śpiewa we wszystkich utworach). Skomponowane przez niego utwory urodziły się z fascynacji tym wszystkim, co progresywno-rockowe. A pasja ta pojawiła się dzięki „syndromowi starszego brata”, który swoją bogatą kolekcją płyt zaszczepił u Andy’ego fascynację twórczością Yes, Supertramp i Genesis. W dodatku „The Way Home” to bardzo ‘angielski’ w swoim brzmieniu album upodabniający stylistykę Kite Parade do takich zespołów, jak It Bites, Kino, Darwin’s Radio, Mr. So & So i Moria Falls (czy ktoś jeszcze pamięta te trzy ostatnie?).

Zadziwia naturalna lekkość poszczególnych utworów, zwiewne figury melodyczne i łatwość, z jaką Andy buduje klimat. Całość brzmi zadziwiająco dojrzale. Album ma w sobie wszystko, co powinien mieć dobry (neo)progresywny krążek: potencjalny przebój („Letting Go”), obowiązkową balladę („Suffer No Longer”) oraz epicką minisuitę (zamykająca całość kompozycja „Stranded”). Ma także swój klimat, wypełniające go utwory są wysmakowane i nie ma wśród nich nietrafionych numerów. Mało tego, wszystkie nagrania mają duży walor melodyjności, są przystępne i potrafią zaciekawić. Zawierają one mnóstwo finezyjnie zagranych partii instrumentalnych (solówki na gitarze, syntezatorach i saksofonie, nie mówiąc już o mistrzowskiej grze perkusistów), a nasz bohater obdarzony jest niezwykle miłym i ciepłym głosem, do złudzenia przypominającym Johna Mitchella. Jak na debiutanta całkiem nieźle, prawda?

Myślę, że Andy Taylor może być dumny z tej płyty. Ma ona wspaniałą cechę, która sprawia, że przy każdym kolejnym przesłuchaniu wydaje się ona coraz lepsza i brzmieniowo bogatsza. Jest przy tym przystępna, nowocześnie brzmiąca, pełna ciekawych pomysłów, potężnych refrenów, a finałowemu 15-minutowemu progresywnemu epikowi „Stranded” niewiele brakuje do tego, by postawić go w jednym szeregu z najlepszymi klasykami brytyjskiego neoprogresywnego rocka.

MLWZ album na 15-lecie