Laughing Stock - Zero Acts 3&4

Artur Chachlowski, Laughing Stock - Zero Acts 3&4

Równo rok temu zachwycaliśmy się albumem „Zero, Acts 1&2” norweskiej grupy Laughing Stock. Już wtedy wiedzieliśmy, że będzie miał on swoją kontynuację. W pierwszych dniach marca tego roku, a więc nieco później niż pierwotnie zapowiadano, ukazał się krążek „Zero, Acts 3 & 4”, który dopełnia sagę o Zero - chłopcu, który mieszka razem z borykającą się z kłopotami matką, coraz bardziej popada w obłęd, społeczną izolację i ucieka w sferę hazardu i gier wideo. Tym razem spotykamy Zero, gdy jest już dorosły i przez 50 minut, bo tyle trwa nowa płyta, poznajemy jego dalsze dzieje, próby, na które wystawia go los i udręki, jakie niesie ze sobą dorosłość. Na symboliczne odrodzenie naszego bohatera nakładają się zawiłe relacje z matką... Gdy czujesz się zerem stajesz się niewidoczny dla świata zewnętrznego. Tacy ludzie wydają się zamieszkiwać własny świat. Świat zbudowany w ich własnych umysłach, otoczony czterema ścianami i niczym więcej. To właśnie jest świat, w którym odnajdujemy Zero, gdy historia zaczyna toczyć się dalej… Cały koncept grupy Laughing Stock wydaje się być wyraźnie inspirowany słynnym „Tommym” grupy The Who oraz pinkfloydowską „Ścianą”. „Zero” łączy w sobie niektóre wątki wspomnianych muzycznych arcydzieł, ale ma bardziej rozpoznawalną formę. Zero to chłopiec, z którym wielu z nas może się utożsamiać. Zbyt wielu z nas wie, jak to jest czuć się samotnym jako dziecko w bezdusznym i pełnym trudnych spraw świecie. I wiadomo jak bardzo odbija się to na naszym dorosłym życiu.

Norweskie trio (Jan Mikael Sørensen, Håvard Enge i Jan Erik Kirkevold Nilsen) Laughing Stock na swoim nowym krążku kontynuuje fascynująca podróż utrzymaną w natchnionym i marzycielskim nastroju. Producentem i miksem albumu jest Jan Mikael Sørensen, a masteringiem zajął się Jacob Holm-Lupo. Zespół Laughing Stock po raz kolejny poprosił Samathę Preis, by znowu wcieliła się w rolę matki Zero. Ponadto w jednym utworze („The Call”) pojawia się Nad Sylvan, który wciela się w rolę psychiatry leczącego Zero. Jest jeszcze jeden ważny zaproszony muzyk - Andy Glass z grupy Solstice, który dołącza na solowy pojedynek na gitary z Janem Mikaelem Sørensenem w utworze „Running Faster”.

„Zero, Acts 3 & 4” jest muzycznie bardziej zróżnicowanym albumem niż jego poprzednik. O ile melancholia była słowem-kluczem do poprzedniego albumu z pierwszymi dwoma aktami, to tym razem, oprócz wciąż dominujących nostalgicznych, wyciszonych klimatów, pojawia się klika nowych elementów. Jest to trochę mrocznego alternatywnego grania (jak choćby w najdłuższym, bo ponad dziesięciominutowym, temacie „Mother”), jest odrobina karmazynowych nastrojów (melotronowe ściany dźwięków w „Lifeboat”), chwilami robi się trochę jeżozwierzowo („Wingless”), pojawia się nutka lirycznego folku (w śpiewanym przez Samanthę Preis „Familiar Eyes”), jest wreszcie totalna ucieczka w oniryzm (w tematach „Words Pt.1” i „Words Pt. 2” spinających niczym klamrą czwarty akt tego muzycznego przedstawienia).

Motyw liryczny historii obraca się wokół izolacji, samotności i eskapizmu, a niektóre jego części brzmią tak niesamowicie smutno, że nie sposób nie dać się ponieść emocjom i intensywności tej przejmującej opowieści. Wydaje mi się jednak, że w swoim mroku nowy album zawiera również dużo światła i stanowi niezwykle ciekawą całość. Począwszy od ponurych smyczków i żałobnych dźwięków fortepianu po wspaniałe epickie pasaże, jest tu wiele do ogarnięcia, przyswojenia i przetrawienia. Wszystkie pojedyncze elementy tej czteroaktowej układanki mają zadziwiającą płynność, logikę następujących po sobie muzycznych sekwencji, a obu płytom nie brakuje spójności. Nie umiem powiedzieć która wydaje mi się lepsza – ta z czerwoną czy ta z zieloną okładką. Chyba nieco więcej emocji było przy pierwszej z nich. Ale obie wydają się nierozłączne. Komplementarne. Tym bardziej, że wypełniająca je warstwa liryczna ma naprawdę wiele do zaoferowania - jest wciągającą i skłaniającą do myślenia historią. Przyciągającą uwagę odbiorcy od początku do samego końca.

Tak więc, po wysłuchaniu tych dwóch albumów grupy Laughing Stock dochodzę do wniosku, że „Zero” jest z całą pewnością nie tylko udanym, ale i niezwykle ambitnym projektem. I z całą pewnością wiem, że jest to wydawnictwo, które fani prog rocka, a szczególnie ci lubujący się w albumach koncepcyjnych, przyjmą z ogromnym zadowoleniem.          

www.apollonrecords.no  

MLWZ album na 15-lecie