Kornmo - Svartisen

Artur Chachlowski, Kornmo - Svartisen

Wyobrażam sobie jak wielką popularnością cieszył się wydany pół roku temu, przedstawiany na naszych łamach, album „Fimbulvinter” pochodzącej z norweskiego Trondheim grupy Kornmo. Kilka miesięcy po jego premierze wytwórnia Apollon Records wypuszcza na rynek debiutancki krążek Kornmo zatytułowany „Svartisen” (tytuł zainspirowany jest lodowcem znajdującym się w Glomfjorden na północy Norwegii, a jego nazwa w wolnym tłumaczeniu oznacza „Czarny lód”), który pierwotnie ukazał się w 2017 roku. Jego zawartość zasadniczo nie odbiega swoim stylem i muzyczną treścią od recenzowanej u nas niedawno płyty „Fimbulvinter”. Jest przy okazji doskonałą podwaliną pod charakterystyczny styl norweskiej grupy. Punktem, od którego wszystko się zaczęło.

Szybciutko przypomnijmy: Kornmo powstało w wyniku blisko 50-letniej muzycznej współpracy Odd-Roara Bakkena i Nilsa Larsena. Kiedyś działali razem w grupie Morild i gdy ich dawny zespół rozwiązał się (na początku 2015 roku), a pragnienie wspólnego tworzenia było nadal silne, postanowili utworzyć instrumentalne combo, wspólnie komponować i wydawać swoje produkcje pod nowym szyldem, w którym towarzyszy im perkusista Anton J. R. Larsen.

Stylistyczną domeną tria Kornmo jest instrumentalny rock progresywny, którego korzenie sięgają wczesnych lat 70. Poszczególne utwory cechują się wysokim poziomem melodyjności, pastelowymi aranżacjami i akustycznymi akcentami. W brzmieniu zespołu znajdziemy też subtelne odniesienia do muzyki ludowej z mocnym naciskiem położonym na melodykę.

Wypełniające to wydawnictwo instrumentalne kompozycje osadzone są w tradycji rocka symfonicznego, ich struktura jest stosunkowo prosta, nacisk położony jest raczej na melodykę kreowaną linią gitar i melodiami granymi na Hammondach, Moogach i melotronie niźli na jakiekolwiek elektroniczne szaleństwo czy techniczne łamańce. Klimat płyty przypomina pastelowe brzmienia grupy Camel, a wydźwięk wszystkich jedenastu nagrań wypełniających program płyty jest mocno kontemplacyjny, wysmakowany i marzycielski.

To bardzo romantyczna płyta. Myślę, że powinna się spodobać wytrwanym miłośnikom dojrzałego instrumentalnego progresywnego rocka utrzymanego w dość tradycyjnym, by nie rzec konserwatywnym, lecz wielce atrakcyjnym stylu. Dobry pomysł z tą reedycją. Gdyby jej nie było nie poznalibyśmy początków tej norweskiej grupy. Zatem czekamy teraz na ciąg dalszy, czyli wznowienie płyty nr 2 – „Vandring” z 2019 roku. A może wcześniej pojawi się nowy album z premierowym materiałem?...

MLWZ album na 15-lecie