Carpani, Alex - Microcosm

Artur Chachlowski, Carpani, Alex - Microcosm

„Microcosm” to album mówiący o świecie zdefiniowanym jako zbiorowisko w miniaturowych istnień. Istoty ludzkie można postrzegać jako uosobienie modelu wszechświata w małej skali, z całą jego różnorodnością i sprzecznościami. Kiedy myślisz o mikrokosmosie, wyobraź sobie swoje rodzinne miasto w śnieżnej kuli: malusieńkie miasteczko jest mikrokosmosem świata, w którym mieszkasz. Na płycie „Microcosm” uniwers przedstawiony jest jako zlepek małych kawałków życia, skupiających się w każdym człowieku…

Taki ciekawy koncept wymyślił sobie włoski muzyk Alex Carpani, którego pamiętamy z jego wcześniejszych solowych albumów przedstawianych na łamach MLWZ (poprzedni, „L'Orizzonte Degli Eventi” z 2021 roku, w przeciwieństwie do omawianej dzisiaj płyty, wykonywany był w języku włoskim) czy chociażby projektu o nazwie Aerostation, który w 2019 opublikował swój jedyny, jak dotąd, krążek „Aerostation”. Nasz bohater ukończył muzykologię na uniwersytecie w Bolonii, jako specjalizację wybrał muzykę filmową oraz inżynierię dźwięku. Jest on laureatem wielu prestiżowych włoskich i międzynarodowych nagród muzycznych. I że nie jest on artystą tuzinkowym, to wyraźnie to na „Microcosm” słychać.

Pod względem muzycznym „Microcosm” jest albumem, na którym spotykają się elementy różnych gatunków i pierwiastki przeróżnych wpływów: mamy tu do czynienia z rockiem progresywnym, jazz rockiem, rockiem symfonicznym, a nawet z nutką rocka alternatywnego. Poszczególne utwory ubrane są w formę 4-5 minutowych tematów. Skomponowane i wykonane są one w taki sposób, że absolutnie nie podpadają pod format „rockowych piosenek”. To skomplikowane, bogate instrumentalnie kompozycje, które przez blisko godzinę trwania płyty tworzą jednorodny zestaw stylistyczny. Być może niewpadający w ucho za pierwszym czy drugim razem, ale z każdym kolejnym przesłuchaniem układający się w coraz bardziej przystępna i logiczną całość. Wszystkie to oryginalne kompozycje Carpaniego, lecz jest jeden wyjątek. Album zawiera nowatorską i bardzo sugestywną wersję „Starless” autorstwa King Crimson i akurat to nagranie – ku niemałemu zaskoczeniu – jako jedyne nabiera, moim zdaniem, walorów tradycyjnej piosenki (być może za sprawą zawsze słusznego bon motu inżyniera Mamonia: „mnie się podobają te melodie, które już raz słyszałem"…), a odarcie go z rozbudowanej sekcji instrumentalnej, niewątpliwie potęguje to wrażenie.

Reszta utworów na płycie to, jak już wcześniej wspomniałem, kompozycje Carpaniego. I jako się rzekło, są to ambitne utwory o dość skomplikowanych strukturach i niezbyt oczywistych liniach melodycznych. Nie wpadają od razu w ucho, ale z czasem coraz bardziej przemawiają do wyobraźni odbiorcy. Muzyka bogata jest w szczegóły, przeróżne smaczki (partie saksofonu są prawdziwą wartością dodaną), wyrafinowane aranżacje, finezyjne partie instrumentalne (szczególnie te grane przez Carpaniego na syntezatorach i melotronach) i mnóstwo w niej momentów o wielkiej rytmicznej intensywności. „Microcosm” to album, który przy każdym kolejnym podejściu zdecydowanie rośnie.

W produkcję płyty zaangażowało się wielu prestiżowych muzyków z najwyższej półki sceny progrockowej. Obecność Davida Crossa, Theo Travisa, Davida Jacksona czy Jona Davisona, który zaśpiewał w jednym utworze - „Kiss And Fly”, świadczy o wysokiej pozycji i uznaniu, jakim w progrockowym środowisku cieszy się nasz bohater. Jednakowoż, o ile udział tych renomowanych muzyków należy rozpatrywać w kategorii „gościnne występy” (chociaż saksofonów, szczególnie w wykonaniu Davida Jacksona, bo Theo Travis gra tylko w dwóch utworach, jest na tej płycie naprawdę sporo, co niejednokrotnie zdecydowanie przesuwa klimat płyty w stronę jazz rocka. Najlepszym tego przykładem wydaje się być instrumentalny utwór „Prime Numbers”), to o wysokiej jakości muzyki na płycie „Microcosm” stanowią przede wszystkim inni instrumentaliści. Główny trzon zespołu Carpaniego tworzą utalentowani muzycy włoskiej sceny rockowej: Bruno Farinelli (perkusja), Andrea Torresani (bas), Davide Rinaldi (gitary) i Emiliano Fantuzzi (gitary). A sam Alex Carpani gra na instrumentach klawiszowych, programuje perkusję (trochę szkoda, że zbyt często posługuje się elektronicznymi loopami, a nie zostawia więcej przestrzeni Farinelliemu) oraz śpiewa. I robi to naprawdę nieźle, więc nie pozostaje mi nic innego, jak śmiało polecić to wydawnictwo każdemu miłośnikowi dobrego, ambitnego i nieoczywistego progresywnego rocka podkreślonego subtelną jazzrockową nutką.

MLWZ album na 15-lecie