Pure Reason Revolution - Above Cirrus

Olga Walkiewicz, Pure Reason Revolution - Above Cirrus

Pure Reason Revolution to zespół, który wyrósł na kanwie młodzieńczych marzeń i pragnień splatających się z przyjaźnią węzłem silniejszym niż można by przypuszczać. Czas ich nie złamał, nie rozluźnił splotu ich dłoni przez tyle lat. Okres dorastania, buntu, szaleństwo studenckiego życia na Westminster University, dorosłość… Jon Courtney i Chloe Alper - do dziś stoją obok siebie tworząc nienaruszalny trzon zespołu. Do zespołu powrócił też Greg Jong, pełnoprawny jego członek od chwili założenia. Jego nazwisko pojawiło się zarówno na EP-kach „Apprentice Of The Universe” (2004) i „The Bright Ambassadors Of Morning” (2005), jak też na pierwszym albumie studyjnym z 2006 roku - „The Dark Third” (wraz z Jamie Wilcoxem, który go potem zastąpił na następnych płytach). Reasumując, Pure Reason Revolution 2022 to tercet. Na nowym albumie wystąpił jeszcze gościnnie świetny perkusista, jakim jest Geoff Dugmore, którego znamy też z płyt „The Dark Third” i „Eupnea” (2020).

Premiera najnowszego krążka Brytyjczyków miała miejsce 6 maja 2022 roku. „Above Cirrus” to czterdzieści sześć minut muzyki oscylującej pomiędzy różnorodnymi płaszczyznami stylistycznymi. Można tu odnaleźć rocka w różnych jego postaciach. Space rock ociera się o rejony progresywne, cięższe, metalowe riffy krzyżują się z elementami grunge’u. Wszystko zanurzone w morzu elektroniki. Niezależnie jednak od tego jak bardzo zależy nam na szufladkowaniu tej muzyki, jest ona bardzo ciekawa i niesamowicie przyjemna w odbiorze. Momentami wręcz „przebojowa”. Nie przepadam za tym słowem, bo trąci komercją, lecz w przypadku Pure Reason Revolution ma jak najbardziej pozytywne znaczenie. Nie sposób nie zanucić niektórych utworów, na przykład mojego ulubionego - „Dead Butterfly”.

Na krążku znalazło się siedem kompozycji, z których każda ma swoją odrębną tożsamość, nie tworzą one konceptu, ani całości. Każda z nich żyje niezależnym bytem. Liryki są zainspirowane przemyśleniami i przeżyciami mistrza ceremonii, jakim jest Jon Courtney. Główną ideą jest pozytywne nastawienie do życia, do wszystkich „burz”, które spotykamy po drodze. Mają nas wzmocnić, wyzwolić chęć przetrwania, zainicjować walkę z przeciwnościami. Takie „per aspera ad astra”. Nawet okładka, zmusza do przemyśleń. Zaprojektowała ją Jill Tegan Doherty. Przedstawia ona zakutego w lodzie niedźwiedzia polarnego, który pomimo mrozu przeżywa. Jest on symbolem nadziei i potęgi wiary w zwycięstwo. Siła tej muzyki wynika z kombinacji emocji, głębokich tekstów i doskonałych melodii. Wszystko osadzone w krainie zmieniającej się jak w kalejdoskopie stylistyki.

Otwierający album utwór „Our Prism” robi niemałe wrażenie. Szept narratora przeistacza się w głębokie odgłosy bębnów – bardzo pierwotne, plemienne, zderzające się z twardym, gitarowym riffem. Przeciwwagą staje się wokal spleciony z pierwiastka damsko-męskiego, ślicznie osadzony na rozedrganej pajęczynie zbudowanej przez sekcję rytmiczną. „New Kind Of Evil” ma inną estetykę, dużo więcej soczystości i klarownych melodii. Kołysze swoją delikatnością, mieni się ciemnym brokatem nocy, by rozszaleć się gitarowym śpiewem i ostygnąć w ramionach oszronionych brzmieniem fortepianu. Na jego zakończenie mamy bardzo efektowny powrót mocnej, gitarowej jazdy. „Phantoms” to dynamiczny utwór pełen ekspresji i rytmu porywającego ciało do zmysłowego tańca. Wyrazista elektronika, rytmiczność, stroboskopowe światła, aureola sensualnej choreografii – takie małe szaleństwo przed znakomitym „Cruel Deliverance”. Tak, to dla mnie jeden z najciekawszych utworów na płycie, ze świetnym refrenem, refleksyjnym tekstem i spokojem sączącym się z każdej frazy. Dziesięciominutowy „Scream Sideways” odkrywa piękno ukryte w skrajnie różnych środkach wyrazu, to jak zestawienie różowego tiulu z pędzącym pociągiem. Są tu odważne eksperymenty elektroniczne, postrockowe budowanie nastroju, eteryczność wokalu i celuloidowa taśma pełna progresywnych idei. „Dead Butterfly” to mój faworyt. Kompozycja, której nie umiałam się oprzeć od samego początku. Tryskający energią muzyczny przekładaniec, gdzie słodkie, harmoniczne refreny poprzedzielane są twardą jak diament gitarą. „Lucid” zostawiono nam na deser. To doskonałe ciastko z miękką pianką i pełną słodyczy truskawką. Smakuje wybornie, można się nim delektować przy blasku świec, dźwięku charyzmatycznej gitary i bębnach nawiązujących do ”Our Prism”. To piękne zakończenie pełne pieczołowicie budowanego dramatyzmu i wyciszenia.

Taki dualizm, fuzja światła z cieniem. Element zaskoczenia wśród przewidywalności. Jak i cała płyta. Po prostu - zadziwiająca...

MLWZ album na 15-lecie