Porcupine Tree - Fear Of A Blank Planet

Przemysław Stochmal, Porcupine Tree - Fear Of A Blank Planet

Wraz z wydaniem w 2005 roku albumu „Deadwing” okazało się, że inspiracja ciężkimi brzmieniami może być dla Porcupine Tree czymś więcej aniżeli przelotną artystyczną przygodą. Grupa zaczęła być postrzegana jako poważny gracz w nowym dla siebie gatunkowym środowisku, otrzymując zaproszenia na niemałe rockowe bądź stricte metalowe festiwale. Co więcej, przed publikacją następnego krążka ponownie zmieniając wydawnictwo, trafiła pod skrzydła Roadrunner Records, oficyny specjalizującej się w zespołach ciężkiej i bardzo ciężkiej rockowej kategorii. Tym samym należało się wraz z płytą długogrającą numer dziewięć spodziewać kolejnego mocnego uderzenia. Tak w istocie się stało, choć „Fear Of A Blank Planet”, mimo że kontynuuje pro-metalową myśl, prezentuje Porcupine Tree jako zespół, który lepiej niż dotąd wie, jak się z tym ogniem bawić.

Umiejętność władania określonymi środkami to jedno, przede wszystkim jednak nowe dzieło Porcupine Tree, wydane na wiosnę 2007 roku, trafiło w ręce słuchaczy jako album wyjątkowo skrupulatnie dopracowany. Tym razem strategia pracy nad płytą została zaplanowana w nowy, ciekawy sposób. Materiał pierwotnie przeznaczony na nowy album zabrano w trasę koncertową, podczas której przedpremierowe utwory zostały ogrywane, sprawdzane a w konsekwencji poddane końcowej selekcji.

Powstał zestaw pod wieloma względami bardzo zwarty i jednolity. Pięćdziesiąt minut czasu trwania albumu okazało się być niemalże najlepszym wynikiem longplaya pod względem zwięzłości w całej dyskografii Porcupine Tree, podczas gdy hołubione przez Wilsona trzykwadransowe standardy epoki płyty winylowej wcześniej były dla grupy trudno osiągalne. Słuchanie albumu jednym ciągiem, sugerowane zresztą przez jego twórców, okazało się być tym bardziej wykonalne i komfortowe, że pod względem muzycznych nastrojów Wilson zdaje się tutaj doskonale wiedzieć, czego chce – melancholia przeplata się tu z gniewem w proporcjach i konfiguracjach logicznych i satysfakcjonujących. Operowanie w obrębie tak świadomie i konsekwentnie dookreślonym pod względem nastrojowym doskonale współgra tu z ideą unifikującą tematycznie całe dzieło, bez wątpienia mogące przyjąć popularną etykietę koncept-albumu. „Fear Of A Blank Planet” jest głosem trwogi o kondycję mentalną i moralną współczesnych młodych ludzi, uzależnionych od leków, gier, pornografii i downloadingu, zamkniętych we własnych odczłowieczonych światach, pustych i nudnych, beznadziejnych.

Niepokojąca tematyka i szorstkie przemyślenia uzewnętrznione w mocnych tekstach Wilsona rzeczywiście znakomicie wpisały się w ówczesną mroczną i nierzadko agresywną stylistyczną tendencję Porcupine Tree. Znaczenie ciężaru gitar było tu więc wciąż niebagatelne, choć, jak się okazało, tendencja ta nie krępowała ruchów, wystarczyło poświęcić kiełkującym koncepcjom więcej uwagi. Odsłuchy „Fear Of A Blank Planet” tak wówczas, jak i dziś, po piętnastu latach, nie pozostawiają wątpliwości, że zespół pochylił się nad tworzonym materiałem z naprawdę dużą atencją. Weźmy choćby otwierające album nagranie tytułowe – to dynamiczny, ostry utwór, znakomity opener koncertowy, ale będący czymś zdecydowanie więcej niż czerpiącą z muzyki metalowej rozgrzewką. Podobnie jak w przypadku hardrockowego jeżozwierzowego klasyka „Signify”, wyraźny jest również i tutaj iście krautrockowy fundament, choć tym razem nie skończyło się jedynie na instrumentalnym manifeście. Uwagę szczególnie przykuwa też choćby mocarny finał płyty, tak odmienny, pod każdym względem, od zwyczajowych delikatnych epilogów poprzednich płyt. „Sleep Together” miał brzmieć, według samego Wilsona, jak Nine Inch Nails z perkusją Johna Bonhama, wyprodukowane przez Massive Attack. Synteza potężnego, rytmicznego industrialu z psychodelicznym niepokojem i orientalizującymi orkiestracjami prezentuje się w pewnym sensie wręcz dostojnie.

To, co na „Deadwing” niekoniecznie się udało, tutaj spełnia swoją rolę z nawiązką. Centrum albumu stanowi ponownie utwór-kolos, sięgający w swojej długości trwania aż osiemnastu minut. „Anesthetize” jest jednak prawdziwie kunsztowną realizacją, w której liczą się finalnie nie tylko błyskotliwe, wspaniale dopieszczone pomysły Wilsona, ale i imponują wyraźnie uwypuklone, kunsztowne modele rytmiczne Harrisona oraz… solo na gitarze samego Alexa Lifesona. Ogromnie intensywna dawka ciężkich dźwięków w samym środku kompozycji, swoisty prawdziwie metalowy młyn tym razem jakoś udaje się wpasować w kontekst utworu. Nieco gorzej sytuacja wygląda w przypadku dobrze zapowiadającego się „Way Out Of Here”, jedynego na płycie utworu stworzonego po powrocie z przygotowawczej trasy. Tutaj stanowiące punkt kulminacyjny ciężkie riffowanie znów, podobnie jak w „Arriving Somewhere But Not Here” z poprzedniej płyty, wydaje się być metalową sztuką dla sztuki. A szkoda, bo przejmujące zwrotki i kosmiczna końcówka zafundowana przez samego mistrza Frippa i jego soundscapes stanowiły obietnicę prawdziwej perły w tym zestawie.

Do grymaszenia przy „Fear Of A Blank Planet” więcej powodów właściwie nie ma. Porcupine Tree, choć zamknięty w pewnej stylistyce, zmienił jednak co innego – metodę kompletowania programu swojego dzieła. Steven Wilson jako piewca myślenia o albumie, traktowania zestawu utworów jako ciągłości, dopiął swego i stworzył wraz z zespołem prawdziwy monolityczny, spójny album. Tutaj nawet krótsze kompozycje jakoś nie zdradzają przebojowych zakusów, co mogło być raczej zaskakujące, wszak przez kilka wcześniejszych albumów grupa przyzwyczaiła odbiorców do podrzucania „radiowych” propozycji. „Fear Of A Blank Planet” to muzyczny seans przygotowany przez zespół, który co prawda rozochocił się w szastaniu patentami ze świata ciężkiego rocka, ale który robi przy tym wszystko i jeszcze więcej, by nie stać się „kolejnym zespołem metalowym”, ale pozostać Porcupine Tree.

MLWZ album na 15-lecie