D Project

Bowness, Tim - Butterfly Mind

Przemysław Stochmal, Bowness, Tim - Butterfly Mind

Daje się zauważyć pewną schematyczność w rozwoju solowej ścieżki artystycznej Tima Bownessa. Płyty publikowane z godną podziwu częstotliwością, konsekwentnie egzekwowane zamiłowanie do trzykwadransowego formatu, każda kolejna płyta uświetniona obecnością plejady znamienitych gości. Tej swoistej zasadzie przyświecającej w ostatnich latach karierze artysty na całe szczęście wymyka się samo clou jego twórczej działalności, a więc muzyka, którą tak obficie i regularnie raczy swoich odbiorców – tu bowiem o schematyczności czy sztampie mowy być nie może.

Najnowsza pozycja solowa wokalisty No-Man, zatytułowana „Butterfly Mind”, zdaje się to w pełni potwierdzać – to płyta znacznie różniąca się od poprzedniczki, niespiesznej, kameralnej „Late Night Laments”, którą śmiało można by określić mianem wizytówki Bownessa, na ogół kojarzonego przecież z repertuarem nacechowanym intymnym nastrojem. Rzadziej eksponowana strona artysty, choć co bardziej obeznanym słuchaczom nieobca, to śmiałe operowanie kontrastami – i na tę właśnie strategię Bowness wraz z współpracującym z nim przy kompozycjach po raz kolejny Brianem Hulse’m postawił w pełni przy pracy nad „Butterfly Mind”. Co więcej, zdaje się zapowiadać ją już za sprawą otwierającej album miniatury „Say Your Goodbyes (Part One)”, która w zaledwie dwie i pół minuty przekazuje więcej aniżeli można by się spodziewać - i w tym szaleństwie stanowi pewien manifest definiujący niejednorodny charakter całej płyty.

O ile jednak różnorodność i śmiałe zmiany dynamiki urzeczywistniają się po tym interesującym otwarciu, o tyle jego chaotyczny, chropowaty i nerwowy charakter już niekoniecznie – album jest bowiem zbiorem rzeczywiście różnych w nastroju i napięciu kompozycji, ale o chaosie czy artystycznej histerii nie może być mowy. Zresztą, trudno byłoby artystę dobrze znanego z perfekcjonizmu posądzać o dzieło, które nie miałoby swojego uzasadnienia, wrodzonego porządku i zrównoważonego sensu. I choć album jest świadectwem konkretnego czasu, w którym powstawał, wszak tym razem w ogóle nie bazuje na pomysłach „z szuflady”, to z perspektywy odbiorcy wydaje się, że owo uzasadnienie, sens, myśl przewodnia płyty polega na silnym eksplorowaniu wcześniejszych doświadczeń twórczych Bownessa. A te w przeciągu nie tylko jego kariery solowej, ale niemal czterech dekad zajmowania się przez niego muzyką, faktycznie lawirowały pomiędzy mocno kontrastującymi środkami.

Wydaje się, że tu właśnie tkwi siła „Butterfly Mind” - w tym świeżym, często zaskakującym, intrygującym materiale, gdzieś między wierszami nie raz da się odkryć echa konkretnych muzycznych akcentów z bogatego dorobku Bownessa jako twórcy i współtwórcy. Wspomnienia „Wild Opera”, solowego debiutu „My Hotel Year” czy efektów współpracy z Peterem Chilversem to bez wątpienia jedynie drobny ułamek całości skojarzeń, jakie mogą przywoływać nowe kompozycje przy kolejnych odsłuchach. Bo jakże nie przypomnieć sobie którejś z katalogowych pozycji No-Man, gdy wybrzmiewa niespieszny, rozmarzony ośmiominutowy „Dark Nevada Dream”, który jako pewny gwóźdź programu spokojnie mógłby potrwać jeszcze odrobinę dłużej?

Również i dobór gości na płycie niesie ze sobą akcent zmuszający do spojrzenia wstecz, w kierunku znacznie wcześniejszych lat kariery Bownessa. Obok takich nazwisk, jak choćby pojawiający się ponownie w repertuarze wokalisty Ian Anderson i Peter Hammill czy debiutujący u niego Nick Beggs i Dave Formula (Magazine/Visage), pojawił się bowiem na albumie również i stary znajomy z No-Man - Ben Coleman. Skrzypek, w swoim czasie stanowiący jedną trzecią niegdysiejszego tria, z którym Bowness po raz ostatni spotkał się w studiu w 1993 roku podczas sesji do albumu „Flowermouth”, ozdobił swoimi partiami trzy kompozycje zamykające płytę.

Dla części odbiorców różnorodność i tym samym pewna uniwersalność albumu „Butterfly Mind” będzie jego dużym walorem, inni być może łatwiej pokochają to, co delikatne, rzec by można – delikatne tradycyjnie. Nie ma jednak wątpliwości, że Tim Bowness zaprezentował kolejną w swojej coraz bogatszej dyskografii solowej pozycję o czymś, obdarzoną charakterem, pomysłem i specyficznym urokiem.

MLWZ album na 15-lecie