Arena - The Visitor

Olga Walkiewicz, Arena - The Visitor

Gdybym miała określić jednym zdaniem ten album, to by musiało ono zabrzmieć: „Płyta mojego życia”. To prawda. Arena spowodowała istną rewolucję w moim ziemskim bycie, w sferze wartości, które kształtowały artystyczną wizję postrzegania krainy sztuki, jej bezmiar i siłę, z jaką modeluje wyobraźnię. Dotyk czarodziejskiej różdżki zmienił szarość celuloidowej taśmy, ubrał ją w barwy uczuć i emocji. W soczystość kolorów, gdzie niebo karmi się lazurem, a horyzont płonie o świcie karminem wschodzącego słońca. Esencja kolorów, harmonie muzycznych opowieści zawieszonych w pajęczynie słów i dźwięków - to była pożywka, budulec potrzebny do wzniesienia świątyni w której Melpomena ma specjalne przywileje. Było to dawno temu.

Rok 1998 był naznaczony zmianami w szeregach zespołu. „The Visitor” to pierwszy album na którym zagrał John Mitchell, drugi i ostatni na jakim pojawili się Paul Wrightson i John Jowitt. W dyskografii zespołu to numer trzy, po „Songs From The Lions Cage” (1995) i „Pride” (1996). Pojawienie się Johnny’ego Mitchella było bez zwątpienia bardzo ważnym momentem, choć płyta ta jest wybitnie zogniskowana na sekwencjach klawiszowych i na wokalu. Gitara jest tu mniej wyeksponowana, lecz za to solówki i motywy grane na tym instrumencie są niezmiernie efektowne i kuszące. Trzon zespołu tworzą dwaj jego założyciele, czyli Clive Nolan i Mick Pointer. Mroczny nastrój, jakim przesiąknięty jest ten koncept, sygnalizuje okładka autorstwa Huge Syme’a (Rush, Fates Warning, Megadeth): pochmurne niebo nakreślone barwami niepokoju, przytłaczające minorowym nastrojem. Jest jak złowrogi szept wiatru przed burzą, jak ostatnie życzenie przed śmiercią. Zagadkowa postać w czarnym ubraniu i meloniku siedząca na bicyklu i drzewo z zawieszonym niedwuznacznie sznurem. To nie jest sielankowy krajobraz. To płaskowyż ściśnięty w kowadle milczenia, to sceneria pełna ścielących się cieni. Taka jest też warstwa liryczna tej płyty. Opowiada o wizjach człowieka, który stanął na granicy, za którą czai się śmierć. Symbolika pękniętego lodu, zagłębiania się o bezkresną otchłań, mrok i cisza przepełniona przerażającym zimnem - to obrazy, które mu towarzyszą. Gdy jednak zostaje uratowany, dają mu siłę do duchowej przemiany.

Clive Nolan uwielbiał zawsze opowieści pełne niesamowitości. Nie stronił od krainy wyimaginowanych postaci czy legend. „A Crack in the Ice” rozpoczyna się syntezatorowym rytmem i roziskrzoną, nieprawdopodobną gitarą Mitchella. Podkreśla to dramatyzm tego utworu, jego ładunek emocjonalny i siłę przekazu. Paul Wrightson śpiewa z ekspresją, wkładając w to cały swój potencjał i pasję, czego apogeum czuje się w refrenie: „I defy you to stand on the crack in the ice / With the power of your hand / On the crack in the ice...”. Przeciągnięte gitarowe „crescendo”, zmiany dynamiki i żar perkusji wtłoczony pomiędzy riffy. To robi wrażenie. Jest jak blask słońca rozbijający na krze swoje lśniące promienie, by po chwili utonąć w ciemności arktycznego wieczoru. „Pins And Needles” to precyzja tła wypełnionego prześlicznymi klawiszowymi motywami splątanymi z brzmieniem gitary. Linia wokalna przejmuje temat. W tej subtelności ukryta jest nadzieja, jak maleńka Camea w głębi szkatułki: „Lying here, cant’t feel the cold. Just a tringle in my spine. A bitter line of hope….”. Ma on nieprawdopodobny klimat, finezję i subtelny urok. „Double Vision” rozpoczyna się oszałamiającą gitarą, której ścieżka raz pnie się w górę, raz opada w tajemnicze zagłębienia subtelnie nanoszone przez klawisze Nolana. Wrightson jest znakomitym aktorem, zmienia co chwila maskę, ton głosu i środki wyrazu. Potrafi odważnie narzucić rytm i siłę melodii „I’ve seen that face before. Demon eyes watch what an angel once saw. I’ve seen that face before. Lying in shadows but hard to ignore...”, by za chwilę wyrecytować „Nowhere to run...nowhere to hide”. Instrumentalna „Elea” błyszczy gitarową solówką. To zaledwie dwie i pół minuty muzyki, misternej jak mozaiki z weneckiego szkła i ukazującej szalony potencjał Johna Mitchella. To co następuje po tym utworze, jest nieskończonością - jak wszechświat. „The Hanging Tree” - perfekcyjne misterium, wędrówka i refleksja nad życiem. Sen na brzegu błękitnego sztyletu. Serce krwawiące tęsknotą i lęk zawieszony na wargach. To dzieło sztuki haftowane brylantami nut i słowami pełnymi emocji: „Take me to the hanging tree. There’s man in the light and he’s pointing at me. Guide me to the hanging tree. It’s the place that I come from. Reach across the salt and the sand. moving deeper into the land...”. „State of Grace” rozpoczyna się rytmicznie i zaskakuje połączeniem prostego riffu z linią basu. Trzeba przyznać, że sekcja rytmiczna dodaje utworom kropli słodkiego chilli, podkręca tempo, a czasem jest niczym solidna laska dynamitu. Krótki i niezmiernie klimatyczny „Blood Red Room” jest rodzajem wstępu do energicznego „In The Blink of an Eye”. Przy tym albumie nie sposób się nudzić. Co chwila jakiś element zaskoczenia - zmysłowe, klawiszowe pasaże, gitarowe solo, chórki, wokal o ciekawie prowadzonej linii czy nagłe wejście bębnów. „(Don’t Forget To) Breath” to kawałek, bardzo efektownie wypadający na koncertach i chyba zawsze będzie mi się kojarzył z Robem Sowdenem. Zapewne przez jego grę aktorską i cylinder. Na płycie nagranie to też zachwyca wokalnie, bo Paul to świetny wokalista i sprawdza się w swojej roli w stu procentach. „Serenity” to kolejny popis gitarowej precyzji Mitchella. Spod jego palców wypływają cudowności pachnące floydową aurą. „Tears In The Rain”: fortepian nadaje subtelności tej kompozycji, wokal - dostojeństwa i powagi. Bo to utwór pełen smutku. Prawdziwe łzy na deszczu. Łzy klauna: ”This is a clown’s tale. Falling over. Again and again. He paints his face with colours from the sun. But he is lying in. He is dying in. He is crying in the rain….”. „Enemy Without” ma w sobie iskrę i porywa do walki. Jest sztandarem za którym trzeba podążać. Płynie w szalonym tempie, by nieoczekiwanie nawiązać do motywu z pierwszego utworu. Ale to nie koniec. „Enemy Within” płynnie przechodzi w „Running From Damascus”, który ponownie łączy w całość wszystkie elementy układanki motywami z „The Crack in the Ice”, zamykając je koncepcyjną klamrą. Finałowy tytułowy „The Visitor” jest kolejnym gitarowym objawieniem talentu Johna. Wpierw akustyczna eteryczność połączona z wokalem, potem coraz większe stężenie emocji i zapierająca dech w piersiach solówka nawiązująca do „The Hanging Tree”. Piękno zatopione w blasku tysiąca zwierciadeł.

Czy można jeszcze coś dodać? Chyba tylko tyle, że po takich dźwiękach zabrzmieć może już tylko cisza…

MLWZ album na 15-lecie