Moon Letters - Thank You From The Future

Artur Chachlowski, Moon Letters - Thank You From The Future

Niespełna trzy lata temu pisaliśmy o debiutanckiej płycie grupy Moon Letters pt. „Until They Feel Again”. Niedawno ukazał się album nr 2, będący w pewnym sensie kontynuacją swojego poprzednika. I nadal mamy na nim do czynienia z progresywnym graniem utrzymanym w charakterystycznym stylu rocka sprzed mniej więcej pięciu dekad…

Ze składem, w którym wciąż mamy Michaela Trewa (wokal, flet), Kelly Mynesa (perkusja), Mike'a Murphy'ego (bas), Johna Alldaya (klawisze) i Dave'a Webba (gitary) zespół Moon Letters zręcznie porusza się po starych, dobrych latach 70. Ilekroć słucham nowej płyty, za każdym razem do głowy przychodzą mi skojarzenia z muzyką starych, często całkowicie już zapomnianych amerykańskich zespołów (ciekawe czy dziś, po latach, ktoś jeszcze o nich pamięta?), jak Starcastle, Netherworld, Metaphor, Cathedral, Iluvatar, Happy The Man, Yezda Urfa, Glass Hammer, Izz czy Little Atlas. Moon Letters doskonale wpisuje się tę konwencję.

Ten skromnie wydany album (podobnie jak w przypadku debiutu jest to prosty digipak bez żadnej książeczki, ani nawet wkładki z tekstami) rozpoczyna się energicznym i skrupulatnie zaaranżowanym utworem „Sudden Sun”. Co my tu mamy? Fantastyczną rytmiczną zręczność perkusji i basu z jednej strony, a z drugiej - rywalizującą z wirtuozerską grą klawiszy gitarę. No i w efekcie wychodzi z tego wielowarstwowa i mieniąca się swoją ciągle zmieniającą się złożonością, kompozycja. Słychać w niej wyraźnie nawiązania do produkcji spod znaku Gentle Giant.

Teraz przed nami czas na muzyczną triadę zebraną pod wspólnym tytułem „The Astral Projectionist”. Składa się ona z następujących części: „The Hrossa”, „Mother River” i „Isolation And Foreboding”. Muzyka płynnie podąża w stronę progresywnych terytoriów, tworząc jednocześnie szeroką paletę klimatów: od kruchego i wrażliwego do wibrującego, energetycznego prog rocka wypełnionego brzmieniem a’la Yes i Jethro Tull (w „The Hrossa”), poprzez pierwiastki bluesa w „Mother River” aż po totalną jazz/progową atmosferę w finale „Isolation And Foreboding”. Zmiany rytmiczne i żonglowanie tempem robią spore wrażenie. To inspirująca, pełna przygód kompozycja. To dopiero połowa płyty, ale to co na niej najlepsze ma dopiero się pojawić.

„Child Of Tomorrow” jest wspaniałym wokalnym popisem Michaela Trewa, który demonstruje szeroki zakres swoich ogromnych kompetencji: mocy, skali, barwy i ekspresji. Do tego dochodzi bardzo przyjemna melodia głównej linii wokalnej i charakterystycznie „rzeźbiąca” gitara Dave’a Webba. W „Fate Of The Alacorn” także zachwycają partie syntezatorów, w tym (chyba zsamplowane?) pojawiające się w pewnym momencie kościelne organy oraz, znowu to powiem, fantastyczna gra na gitarze Webba. No i te liczne rytmiczne łamańce... Kończące płytę nagranie „Yesterday Is Gone” w zacny sposób dopełnia to ciekawe wydawnictwo nieskazitelnymi harmoniami i melodiami, które narastają, potęgują się aż do wspaniałego grand finale i wywołują prawdziwe ciary na plecach. Pojawiają się one głównie za sprawą wyraźnie skrojonych tu pod Steve’a Howe’a smakowitych partii gitar.

Album „Thank You From The Future” jest więcej niż solidną pozycją płytową, która najprędzej przypadnie do gustu sympatykom ciężkiego symfonicznego prog rocka spod znaku vintage. Zespołowi udało się uniknąć stworzenia sztampowego progresywno-rockowego materiału przepełnionego przewidywalnymi i wyświechtanymi elementami. Zamiast tego Moon Letters sprytnie wypełnili swoją muzykę feerią barw progresywnego, folkowego i pompatycznego rocka, która z łatwością trafi do serc wymagającej progrockowej publiczności.

MLWZ album na 15-lecie