Glass Hammer - At The Gate

Tomasz Dudkowski, Glass Hammer - At The Gate

Grupa Glass Hammer została założona przez Steve’a Babba i Freda Schendela w 1992 roku, zatem niedawno świętowała swoje 30-lecie. W tym czasie wydała 20 płyt długogrających. Trzeba przyznać, że jest to godna pozazdroszczenia liczba, gdyż niejeden band o znacznie dłuższym stażu nie może pochwalić się takim dorobkiem. I nie chodzi tu tylko i ilość, ale także o jakość zawartej na tych krążkach muzyki. Przez te lata zespół przyzwyczaił nas że, mimo wahań formy, nie schodzi poniżej pewnego poziomu, oddając do naszych rąk interesujące pozycje.  

7 października ubiegłego roku ukazał się album numer 21 zatytułowany „At The Gate”, który jest częścią Trylogii zapoczątkowanej płytą „Dreaming City” (2020) i kontynuowanej na wydanym rok później krążku „Skallagrim – Into the Breach”. Zespół powraca do przeklętego królestwa Andorath, snując dalszą opowieść o rycerzu Skallagrimie z płaczącym mieczem, Terminusem, i o jego walce z przeciwnościami losu, by ocalić swoją ukochaną. W tej części bohater zostaje przeklęty, by żyć tysiąc lat ciągle szukając swojej miłości. Kiedy w końcu ją odnajduje, poświęca się, aby mogła być wolna. Warstwa liryczna napisana przez Babba zainspirowana została książką „Skallagrim and The Dreaming City” George’a R.R. Martina kojarzonego z „Grą o Tron”. Już rzut oka na okładkę zdradza, że mamy do czynienia z kolejną częścią opowieści dzięki charakterystycznej oprawie graficznej, z ramką dookoła obrazu, który tym razem utrzymany jest w odcieniach szarości i niebieskiego. W środku opakowania typu digipack znajdujemy książeczkę z tekstami oraz fragmentami opowieści, a także ilustracjami. Autorem obrazów zdobiących okładki trylogii jest artysta o swojsko brzmiącym nazwisku Michał Loranc, używający pseudonimu Xaay.

Tym razem rejestracji albumu dokonał w głównej mierze kwartet znany z poprzedniego wydawnictwa, czyli Steve Babb (bas, instrumenty klawiszowe, gitara, wokal i chórki), Fred Schendel (instrumenty klawiszowe, gitary, chórki), Aaron Raulston (perkusja) oraz Hannah Pryor (wokal). W nagraniach pojawiło się kilku gości (o nich poniżej), ale to właśnie ta wspomniana czwórka muzyków odpowiada w głównej mierze za finalny kształt płyty.

Słuchając płyty „Skallagrim Into The Breach” można było odnieść wrażenie, że zespół postanowił skręcić w bardziej ciężkie rejony. Tym słuchaczom, którym nie do końca przypadła do gustu ta stylistyczna wolta na pewno ucieszy rozpoczynający wydawnictwo utwór „The Years Roll By”. To klasyczne nagranie Glass Hammer, z mnóstwem interesujących partii organów i innych instrumentów klawiszowych oraz gitar (w tym akustycznych) z wyrazistym basem i zmianami tempa. A wszystko to spina swoim pięknym głosem Hannah Pryor, której w chórkach towarzyszy, znany z wcześniejszych płyt Amerykanów, John Beagley. To naprawdę udane wprowadzenie! Następnie przechodzimy do nagrania „Savage”, które rozpoczyna się bardzo spokojnie, by po chwili powalić majestatem basowych nut oraz podniosłymi dźwiękami gitary. Potem nastrój buduje wpadający w ucho riff oraz bardziej zadziorna partia wokalna. Warto wspomnieć tu także o sporej dawce porywających brzmień Hammondów czy też o pojedynku gitarowo-klawiszowym. Na pewno jest to ostrzejszy fragment albumu niż utwór otwierający go, ale wciąż bliżej mu do klasycznego hard rocka, choćby spod znaku Deep Purple, niż do metalu. Na ścieżce trzeciej umieszczono jedyny fragment w całości instrumentalny w postaci nagrania „North Of North”. Początkowo i na końcu czaruje nas ono zmysłową, transową elektroniką w stylu Tangerine Dream (takie brzmienia znalazły się także na poprzednich częściach trylogii), a w środku porywa nas gitarowymi riffami i smakowitym solem na klawiszach. „All Alone” powala hardrockowo-bluesowym motywem granym na basie i gitarze, do tego dochodzi przetworzony głos Babba. W dalszej części mamy bardziej tradycyjną rockową jazdę z mocnym śpiewem Pryor i popisem instrumentalistów (ach, te Hammondy a’la Jon Lord!), po której ponownie przychodzi czas na powtórkę z początkowej części utworu. Wraz z pieśnią „All For Love” kierujemy się bliżej świata metalu. Początkowo utrzymany w szybkim tempie z zadziornymi ścieżkami basu oraz motorycznym rytmem wygrywanym przez Raulstona. Na uwagę zwraca ciekawe umiejscowienie głosu Pryor w kanałach stereo, przez co brzmi jakby śpiewała w duecie ze sobą. Znalazło się tu także miejsce na bardziej patetyczny fragment z potężnym basem i solówkami na klawiszach i gitarze (gościnnie Reese Boyd). Kolejny numer, zatytułowany „Snowblind” to także kolejny mocny punkt albumu, z pełną paletą ekspresji wokalnej Pryor, od potężnego początku, do niemal anielskiego głosu w drugiej części. Tu także mógł wyszaleć się perkusista oraz Boyd, który serwuje nam wirtuozerskie solo. Ponadto uwagę przykuwają fragmenty z większą dawką elektroniki (we wstępie i mniej więcej w dwóch trzecich utworu) oraz duże wykorzystanie gitary akustycznej i porywające partie organów. Na kolejnej ścieżce znalazł się utwór „Standing At The Gate (Of Zagzagel)”, w którym główną partię wokalną wykonuje były frontman zespołu, Jon Davison, który aktualnie stoi za mikrofonem w grupie Yes. Nic zatem dziwnego, że właśnie z tą formacją najbardziej kojarzy się brzmienie tego nagrania. Przyznaję, że jest to dla mnie najtrudniejszy punkt płyty, szczególnie w tych miejscach, gdzie podkład zdaje się rozjeżdżać z linią wokalną. Niemniej i tu znajdziemy przyjemne fragmenty, jak wtedy gdy do Jona dołącza Hannah. I tak dotarliśmy do finału, który tworzą dwa połączone ze sobą utwory trwające w sumie ponad 17 minut. Zespół przyzwyczaił nas, że nawet jeśli zdarzy się słuchaczom kręcić nosem na całokształt wydawnictwa, to zawsze na jego końcu znajduje się prawdziwa perła. Nie inaczej jest i tym razem. Pierwszą z nich jest przecudownej urody ballada „In The Shadows”. To głównie fortepian, głos Pryor plus przewijająca się w tle wokaliza. Pozostałe instrumenty jedynie subtelnie podkreślają piękno pieśni, w której Skallagrim przysiągł poświęcić się dla swojej miłości:

“There’s no life without you,

There’s no life.

If I walk this life alone,

If I never find a home,

There’s no life without you”.

To zdecydowanie najspokojniejsza część płyty, która przechodzi, za pomocą fortepianowo - organowego wprowadzenia, w utwór zamykający całość o prostym, a zarazem pięknym tytule – „It’s Love”. Przez większość swego trwania jest on spokojny pełen brzmień gitary akustycznej, cudownych nut granych na fortepianie i syntezatorach, z łagodnym śpiewem Pryor, do której potem dołącza Beagley. Wraz z pojawieniem się drugiego wokalisty nastrój robi się bardziej podniosły, otrzymujemy wspaniałe harmonie wokalne, mogące kojarzyć się z nagraniami Queen (szczególnie we fragmencie, gdy pod warstwą wokalną słychać gitarę a’la Brian May). Potem otrzymujemy popis instrumentalistów, z mnóstwem przeplatających się partii gitar i instrumentów klawiszowych, podpartych mocniejszą pracą sekcji. W końcówce pięknie wybrzmiewa duet Pryor-Beagley prowadząc nas do majestatycznego finału, którego linia wokalna kojarzy się z nagraniem „A Desperate Man” z płyty „Dreaming City”, spinając całość swoistą klamrą.

„At The Gate” to zdecydowanie udana część trylogii, z wyważoną proporcją ostrzejszych i bardziej lirycznych fragmentów, będąca idealnym zwieńczeniem całego konceptu. Jednocześnie jest to dowód na to, że grupa Glass Hammer cały czas się rozwija i umiejętnie łączy swoje klasyczne brzmienie z pewnymi nowinkami. A jako całość „Skallagrim” należy traktować jako jedno z najwybitniejszych osiągnięć pochodzącego z Chattanooga w Tennessee zespołu w całej trzydziestoletniej karierze.

MLWZ album na 15-lecie