Camel

Grice - Polarchoral

Artur Chachlowski, Grice - Polarchoral

Kim jest Grice? Pisaliśmy już u nas o tym urodzonym w Londynie artyście (polecam recenzję EP-ek „Refractions” (2016) i „The Grey Of Granite Stone” 2018)). Nazywa się Martin Charles Grice Peters, studiował w Croydon Art College, ma w swoim dorobku cztery pełnowymiarowe albumy, kilka EP- ek, albumy z remiksami i kompilacje. Zawsze słynął z eksperymentalnego i innowacyjnego podejścia do produkcji dźwięku, posiada imponujący dorobek w dziedzinie muzyki wykorzystywanej w dokumentach i filmach, w tym w robiącym furrorę na Wyspach „William and Kate: A Royal Engagement” (BBC2 i BBC Worldwide), na co dzień jest niezależnym producentem oraz właścicielem wytwórni płytowej Hungersleep promującej młodych artystów (m.in. Siobhan McCrudden).

Jego ogromny talent kompozytorski i nietuzinkowe aranżacje jego piosenek spowodowały, że współpracowały z nim ważne postaci współczesnej sceny rockowej, w tym m. in. Richard Barbieri (Japan, Porcupine Tree), Steve Jansen (Japan, Exit North), Hossam Ramzy (Peter Gabriel, Led Zeppelin) czy gitarzysta BJ Cole. Wszystkich ich, a także perkusistę Roberta Briana, basistę Ala Swaingera, wokalistkę Suzanne Barbieri i skrzypka Steve’a Binghama, spotykamy na nowej płycie Grice’a zatytułowanej „Polarchoral”.

Jest to już jego piąty studyjny album będący długim (blisko 75 minut) zestawem nieoczywistych i bardzo emocjonalnych piosenek, które w warstwie literackiej poruszają takie tematy, jak dwubiegunowość osobistych relacji, ideologie, linie podziału wewnątrz związków i społeczeństwa oraz konflikty w dzisiejszym mocno spolaryzowanym świecie. Album zawiera wyrafinowane utwory utrzymane w szeroko rozumianym artrockowym i prog/popowym stylu

z domieszką ekspansywnych i eksperymentalnych aranżacji, a wszystko to tworzy wyjątkowy klimat, w jakim utrzymana jest bardzo wyrazista muzyka. Grice z prawdziwym wdziękiem porusza się po takich terytoriach, jak avant pop (singlowy utwór „Saviour”), prog rock (tytułowa czternastominutowa kompozycja „Polarchoral”), nu jazz („Alarm Bells”, w którym swoje wyraźne piętno zaznaczył Richard Barbieri), akustyczny art folk („Winter”), art rock („Damage Done”), elektroakustyczny glitch („Involution”), a nawet doom („Lapis Lazuli”) i pop rock („Legend” z przepiękną partią w wykonaniu włoskiego trębacza Luki Calabrese), a całość tworzy solidną i mocno wysmakowaną porcję muzyki świadczącą o tym, że słuchanie ambitnego współczesnego popu może być przeżyciem samym w sobie, a nie tylko katorgą dla obolałych uszu, do których docierają plastikowe dźwięki.

„Polarchoral” w swojej przeważającej części jest albumem stonowanym, łagodnym i przystępnym w odbiorze, zawiera kilka długich utworów („Alarm Bells”, kompozycja tytułowa) i to one podobają mi się najbardziej, zawiera też kilka naprawdę uroczych momentów, w którym inteligentnie podana elektronika oraz smyczki i trąbki nadają głębi poszczególnym utworom. Ta płyta z pewnością spodoba się fanom muzyki grup Japan, No-Man, a także solowej twórczości Stevena Wilsona.

Album został nagrany w Sound Gallery Studios, zmiksowany w słynnych Real World Studios, a zmasterowany w rzymskich Forward Studios (Rzym).

MLWZ album na 15-lecie