HiPoKaMP - LemINOscencja-Live In Poland 2021-Acoustic Concert

Olga Walkiewicz, HiPoKaMP - LemINOscencja-Live In Poland 2021-Acoustic Concert

„Niebo tkwi w czarnej ziemi. Tak pęcherz błękitu w bryle lawy tym tylko jest, że jej tam nie ma. Tak w świecie zakreślonym wielkich blasków płytą - mrok, to niedosyt słońca, a życie - cierpienia...”. Rok 1948. Wtedy te słowa zastygły atramentem na papierze, jak sen, który wynurza się z rozpadliny cierpienia i smutku. W ciszy - całkowitej ciszy. W skupieniu myśli, której ślady przekształciły się w dźwięki sto lat później. W rocznicę urodzin Stanisława Lema - mistrza pióra, króla krainy fantastyki, wizjonera i człowieka o fascynującej osobowości.

Ten niezwykły album wydany przez Farna Records to zapis akustycznego występu HiPoKaMP Projekt, jaki odbył się w ramach koncertu upamiętniającego setną rocznicę urodzin Lema - „LemINOscencja - Live in Poland 2021 - Acoustic Concert”. „Futurocklogia” przeniesiona na scenę. W nowej odsłonie, odmiennym instrumentarium i klimatycznej wizji koncertowej. Maciek Zamczała wyczarował te wszystkie kompozycje, wprowadził w nie kroplę emocji i blasku, by zyskały nowy, odmienny żywot sceniczny. Towarzyszyli mu w tym przedsięwzięciu: Zbigniew Florek (fortepian, mix i mastering), Kamila Sikorska (skrzypce), Sebastian Niemiec (saksofon), Maciej Tonder (bas), Łukasz Oliwkowski (perkusja) i Eliza Oliwkowska, która recytowała poezje Stanisława Lema. Koncert odbył się 21 listopada 2021 roku w Teatrze Miejskim w Inowrocławiu. Na płycie znalazło się siedem utworów, a wszystko rozpoczyna się „Codą”, w której możemy usłyszeć głos Elizy i wiersz, zacytowany przeze mnie na początku recenzji.

„Triolet” rozpoczyna się szaloną gitarą scalającą się z tematem saksofonu, po czym pojawia się pierwszy z trzech wierszy recytowanych na tle improwizującego fortepianu, zatopiony w muzyce niczym ważka w pajęczynie światła. Nie sposób oddzielić dźwięków od tych cudownych tekstów pachnących emocjami:

„Paweł zbudował dom - od kwiatów do jaskółczego gniazda. Dach kryty lotem. Okna pełne śpiewu. Wieczorem zbierał kasztany - kolczaste jak gwiazdy. Chmury ptaków tłumaczył chmurom drzew. Małe słowa podrastały. Odmieniały się jak obłoczki: różowo – fiołkowo - smutniej. Układał je do bajek jak do snu. Kołysał wierszem. Niebo jego kraju miało żelazne żagle...”.

Saksofon z fortepianem zawieszone w przestrzeni utkanej przez pozostałe instrumenty tworzą nastrój magii, pełen gwiezdnego pyłu spadającego do oceanu. W głębinę pełną uczuć i świateł wieczoru… Scalenie świata poezji z pięknem brzmień, jakie potrafili wyczarować muzycy w czasie tego koncertu, nadaje mu szczególnej mocy. Mocy przełożonej na język sztuki.

„Jan nie miał domu. Mieszkał w uśmiechu na wyspie. Opuszczony przez dziewczęta. Jak wiąz bez ptaków. Miłość ukrył pod powiekami, nie zdradził jej snem. Dawał drogi drzewom i mrówkom, nigdy nie dość samotny. Wodził słowa lekką linią lazuru, różowym ramieniem, struną. Przyszli po niego w nocy...”.

Czyż taka poezja nie powinna być objawiona światu? To cudowne wiersze i pomysł, żeby dokonać tak doskonałego mariażu z krainą nut drżącą na pięcioliniach jesiennego zmierzchu, wydaje się być czymś fenomenalnym.

„Piotr wierzył w niezapominajki. Jego ojciec, srebrny, żywy staruszek miał grób cały z płomienia i cegły. Piotr uczył się od ojca milczenia. Dziewczyna, którą kochał, o oczach jaśniejszych niż powietrze, chwyciła w piersi kulę - w złotych rzęsach zgasły dwa małe nieba. Piotr uczył się od umarłej - miłości...”.

„Triolet” - trzy historie pełne bólu i łez opowiedziane językiem eterycznego piękna. Całość jest niebywale efektowna. Niepowtarzalny dialog pomiędzy saksofonem i skrzypcami - finezyjny i lekki, jak zaprzeczenie melancholii, jaka się wkrada wraz z nadejściem zmroku.

„Valse Triste” jest delikatnym zaklęciem. Pejzażem malowanym pędzlem dźwięków na płótnie o pastelowych barwach rozkwitających macierzanek. Muzyka przeciera szlaki swoim lekkim tchnieniem, cudownym oddechem zrodzonym z kryształków lazuru. Zespół fenomenalnie buduje klimat na scenie. Szkoda, że nie może tego posłuchać autor poezji, szkoda…

„Dźwięki jak białe palce rozchylają łagodną ciszę. Naciskam czarne klawisze jakbym pisał srebrem list. Ton rysuje coraz wyraźniej Ciebie, światło mej wyobraźni. Jasny ślad twoich oczu na wietrze. Figurynki tańcują w chórze, bas zacina się w klawiaturze i lecą dzwonki w powietrze...”.

Rozmarzone skrzypce są pomostem pomiędzy częściami wiersza. Fortepianowy akompaniament kołysze powietrze, rozdmuchuje niewidzialne pyłki osadzające się na czarnych klawiszach.

„Gram przeloty lekkich pejzaży, macierzankę śródleśnych mogił i melodii, jak z polnej drogi, widzę zarys twojej twarzy. Czasem głos twój nawet usłyszę. Wieczór w oknach dopada błękit, miesza duże gwiazdy z muzyką. Jak przez ogród szedłem przez dźwięki. Aby spotkać ciebie i ciszę...”.

Ktoś, kto nie zwykł upajać się urokiem poezji tym razem się nie oprze, bo muzyka potrafi czynić prawdziwe cuda, zmieniać ludzkie serca, koić smutek i być zalążkiem radości. Potrafi nadawać sens życiu i zmieniać bieg historii. Koncerty to spotkania z muzą o różanych skrzydłach. To chwile, które w nas żyją i rozkwitają. HiPoKaMP na deskach scenicznych czuje się jak ryba w wodzie. Jest prawdziwy. Czuje się ogromny potencjał tego zespołu.

„Owady” - drżąca gitara, powiew powietrza rozdygotanego oddechem Sebastiana, cudowny saksofon, szmer strun dopełniający wstęp do utworu…

„Ćma ma skrzydła z fioletu i grozy. Pod skrzydłami jest puszysty wiatr. Świat to ciemność nizana na słodkie kule światła. To góra liliowego powietrza...”.

Uwielbiam takie malowanie akwarelą nut, tworzenie obrazów światłem i soczystym brzmieniem. W czasie tego wieczoru można było połączyć się z muzyką tętnicą przestrzeni. Wrosnąć w kolory i odcienie każdej frazy i taktu.

„Wolno przepływa taflą zielonych liści, kreśli pętle podróży śliną srebrzystą i wiotką. Z głowy tryska jedwab. Nim się kokon przyśni, czuje, jak świat się dokoła to kurczy w sobie, to dłuży...”.

Muszę przyznać, że podziwiam muzyków, bo wnoszą coś całkowicie nowego do krainy muzyki. Powiew świeżego powietrza, artystyczną „nowalijkę” i to odzianą w talent i wysoki poziom.

Kolejny utwór, jaki pojawia się na płycie, to „Nie wiem, czy ręka ślepca”. Bardzo ciekawa interpretacja muzyczna tej kompozycji i wiersza.

„Nie wiem czy ręka ślepca czy czułek ślimaczy, kiedy rzecz w sobie zamkną, czują jak ja. Kiedy palce i pięść mą zaciskam, gdy znaczy w niej istnienia spoistość nagły kształt, i trwa. Nie wiem, jakie atomów obroty i loty powrozami unerwień rozpędzają dzwon lany z gwiazd, lotu ptaków, żelaza, tęsknoty i z wielkiego spokoju. Jestem jego sercem...”.

„Sam w parku” to podróż przez głębię zieleni ścieżek wtopionych w spokój drzew. Czy chwila samotnego milczenia może być lekarstwem na to, co nas trapi? Czy jest w nas kakofonia wszystkich chwil, które są pełne rozterki? Nie ma odpowiedzi na pewne pytania. Trzeba płynąć dalej, żyć i celebrować życie. Cudowny temat dzielony przez saksofon i skrzypce.

„Sam w parku” jest kolejną ścieżką pośród utopijnej zieleni, wyściełającej mroczne wizje świata, jaki generowały emocje zrodzone w sercu Stanisława Lema. Świat wizji i dekadenckich szeptów. To, co jest mroczne i budzi nas przed świtem. Ten wiersz, jeden z najstarszych tekstów Lema, to prawdziwy rarytas. Odkryła go niedawno prof. Agnieszka Gajewska, autorka znakomitej biografii „Wypędzony z Wysokiego Zamku”.

„Sam w parku. Stoją czarne drzewa. Przede mną biel - jak życie - pusta. Jakże ten wielki ból wyśpiewam, który zagryzać karze usta. Za mną jest śladów wątła nitka, przede mną przyszłość w mroku - biała. Jak się ten szereg śladów wytka, jak pieśń na gruzach ocalała...”.

„Gołębie” – tu gitara jest w równowadze z sekcją rytmiczną. Można tu odpłynąć na dywanie tajemnic. Wszystko jest we władaniu saksofonu - boskość brzmienia i szaleństwo muzycznej egzystencji, parafraza istnienia wpisana z niebywałą nonszalancją w wieczór naznaczony listopadowym zmrokiem. To kompozycja, która kończy ten cudowny koncert. Fantazje gitarowe, improwizacje tonące w klawiszowych wariacjach, rytmiczność scalająca się z melodią…

„Gołębie wpisywały się w szkarłatne podniebie siatki oszalałego Merkatora. W mapach odkrywałeś na globach o lodowych kapach sny dziewcząt, archipelag skowronków i siebie. Ziemia zimny krajobraz niebu oddawała. Wzrok jak ptak, co powraca z ciemności do gniazda, zamykał się strącony z wysokości w ciała. Tylko serce czuwało jak wygasła gwiazda...”.

To były cudowne chwile spędzone z zespołem HiPoKaMP i muzyką, która generuje nowe szlaki artystycznych wizji. Może dzięki tej płycie poezja Stanisława Lema przeżyje swoje drugie wcielenie, nabierze nowych barw i uniwersalnych treści? Z pewnością tak. I niech jak najczęściej brzmi na żywo, gdyż takich koncertów się nie zapomina.

MLWZ album na 15-lecie