Threshold - Dividing Lines

Olga Walkiewicz, Threshold - Dividing Lines

Zespół Threshold od wielu lat podąża dobrze wytyczonym i ugruntowanym muzycznym szlakiem. Z niebywałą konsekwencją i pietyzmem pielęgnuje i dopieszcza swoje albumy, dba o poziom koncertów i – nie licząc permanentnych personalnych zmian za mikrofonem - rozwija się w sposób planowy, spokojny, bez trzęsienia ziemi i fajerwerków. Może jest to trochę przewidywalne i zachowawcze, lecz tak naprawdę, stylistyczny „skok w nadprzestrzeń” nie zawsze wychodzi artystom na zdrowie i najbardziej stabilną pozycję w rankingach popularności mają zespoły, które tworząc bazują na wypróbowanych schematach. Spójrzmy chociażby na Iron Maiden. Może to jest właśnie recepta na sukces? Ale dyskusja tego rodzaju jest jak stąpanie po kruchym lodzie w połowie kwietnia.

„Dividing Lines” to godzina dobrego progmetalowego rzemiosła, świetnie skrojone kompozycje i mistrzowskie wykonanie, bo nie da się ukryć, że to muzycy z najwyższej półki. Studyjny Threshold numer 12. Kolejny album z Glynnem Morganem przy mikrofonie, po „Legends Of The Shires” z 2017 roku. Glynn wystąpił też wiele lat temu na drugim longplayu studyjnym - „Psychodelicatessen” (1994). Pozostali muzycy są nam bardzo dobrze znani: założyciel, kompozytor i lider formacji - Richard West (instrumenty klawiszowe) oraz Karl Groom (gitara) - muzyk i kompozytor, który wraz z Westem stworzył ten zespół. Za zestawem perkusyjnym zasiada Johanne James, a na basie gra Steve Anderson. Od artystów tego formatu wiemy czego można oczekiwać, a można i trzeba wiele.

Jaka jest nowa płyta Brytyjczyków? Członkowie zespołu określają „Dividing Lines” jako „mroczniejszego i bardziej nastrojowego brata „Legends Of The Shires”” . To świetna kombinacja mocnych riffów Grooma z perfekcyjnym brzmieniem sekcji rytmicznej. Doskonałe porozumienie na linii James – Anderson owocuje perfekcyjną całością, klimatycznym pulsem serca zespołu i wewnętrzną harmonią. Całości dopełniają lirycznie nakreślone linie wokalne Morgana - zdecydowane w swojej barwie i ekspresji oraz klawiszowa wirtuozeria Westa.

Album rozpoczyna się od „Hounded”. To mocne wejście do gry, w której artyści znakomicie rozgrywają swoje partie na progmetalowej szachownicy. Pod naskórkiem kłębiącej się mocy spoczywa tkanka zbudowana z brzmień i wartości, jakie chce przekazać światu rzeźbiarz, tworzący gipsowy odlew swoich wizji. Życie jest bezustannym wyścigiem i musimy uważać, aby nie wypaść z toru, po którym się przesuwamy i jednocześnie pamiętać kim jesteśmy. Bo świat jest, niczym królestwo iluzji, pełen marionetek. Dużo tu wolności, która pozwala nam interpretować teksty w sposób malowany przez naszą wyobraźnię.

„Hall Of The Echoes” to jeden z najciekawszych utworów na płycie. Entuzjazm i dynamika, z jaką się rozpoczyna, przechodzi w stonowaną zwrotkę z klawiszami, tworzącymi brzmieniowe unisono z gitarą Grooma. Przeciwwagą jest głos Glynna Morgana - początkowo natchniony, rozkwita w refrenie szalonymi emocjami i potężną mocą. Bardzo smakowite rozwiązania, miękkie harmonie i świetlista linia wokalna wzmocniona chórkami - to atrybuty tej kompozycji.

„Let It Burn” ociera się w zwrotce o miękkie, orientalne skale rozpięte na elektronicznym rusztowaniu przez finezyjną gitarę i wokal, a singlowy „Silenced” ze swoim futurystycznym wstępem i mięsistym brzmieniem riffów ukazują nieco odmienne oblicze Threshold. Chwilami gitara zmienia się w broń maszynową, by za moment złagodnieć wtapiając się w szlachetne orkiestracje.

Podobne „symfoniczne wycieczki” stanowią fundament kolejnego kawałka, jakim jest „The Domino Effect”. Karl Groom nie pozwala nam pozostać w słodkim letargu: otwiera metalowe podwoje dzikimi, nieokiełznanymi riffami. Wciąga nas w trans. Burzy spokój. Środkowa część utworu jest pełna spokoju i refleksji. Na zakończenie otrzymujemy efektowne klawisze i żywiołowe wokale. To chyba najbardziej „progresywna” kompozycja na płycie ze zmianami tempa, charakteru muzyki i klimatu.

Dynamiczny utwór „Complex” jest traktatem na temat możliwości manipulowania informacją. Podkreślone tu zostają elementarne prawdy o wpływie na ludzką podświadomość świata mediów, reklamy i rządowych spekulacji. Tworzenie z ludzi marionetek, którymi można poruszać za pomocą nitek emocji i strachu, to problem współczesnego świata. Świetne teksty ubrane są w niezłą, dynamiczną nutę. Ludzkie życie jest przejażdżką diabelskim młynem, z oczami przewiązanymi czarną wstęgą dezinformacji i lęku. Zadziorny rytm napędza rakietę mknącą w zawrotnym tempie, zespala się z klawiszowym tłem i wokalem.

W „King Of Nothing” początkowy spokój budowany grą Westa przekształca się w ognisty wybuch bębnów i basu. Bogato tkana muzyczna materia zostaje przyprawiona bardzo efektowną gitarą. Glynn Morgan jest w znakomitej kondycji. Nie tylko w tym utworze. Na całym albumie. Czuje się jego potencjał i pasję. Przekazuje swoim głosem cały pokład energii i miesza ze sobą żywioły.

Oj, płynie ta płyta w zawrotnym tempie i nie zwalnia. Sporo syntezatorowych dźwięków pojawia się w „Lost Along The Way”, trochę też orkiestracji tak charakterystycznych dla brzmienia Threshold, i gitara, która wybrzmiewa eterycznym blaskiem. Trzeba zauważyć, że West i Groom zawsze tworzyli zgrany team kompozytorski. Bezbłędnie odbijają piłeczkę w artystycznym squashu i nie biorą jeńców.

Dwa finałowe utwory – krótki „Run” i rozbudowany do ponad 10 minut „Defence Condition” to deser, jaki zgotował nam zespół. Szczególnie ten drugi w niesamowity sposób zamyka krążek stalową obręczą. Jest esencją progmetalowej estetyki reprezentowanej przez Threshold. Nie brakuje w nim cech progmetalowej przebojowości. Ciekawe melodie łączą się z wirtuozerią wykonania. I tak ma być…

Threshold AD 2022 - „Dividing Lines” - to kolejny prezent dla fanów zespołu i przemiły początek podróży po szlakach pełnych wyobraźni. Jeżeli ktoś jeszcze nie dał się porwać muzycznej galerze pływającej pod brytyjską banderą - to czas najwyższy przekroczyć jej próg.

MLWZ album na 15-lecie