Camel

Berlin Heart - The Low Summit

Tomasz Dudkowski, Berlin Heart - The Low Summit

Berlin Heart to zasadniczo jednoosobowy projekt stworzony przez francuskiego wokalistę i multiinstrumentalistę Vincenta Blanota. Po raz pierwszy spotkałem się z jego nazwiskiem kilka miesięcy temu, gdy znalazł się wśród gości na najnowszej płycie grupy Esthesis „Watching Worlds Collide” – jego grę słyszymy w nagraniu „Wandering Cloud”. To właśnie lider tego zespołu, Aurélien Goude, zwrócił moją uwagę na twórczość Vincenta sygnowaną przez grupę z europejską stolicą w nazwie.

Grupa Berlin Heart powstała w 2018 roku. Pierwszym wydawnictwem przez nią firmowanym była EP-ka „Live At Home”, wydana 24 września 2020 roku, na której Blanot przedstawił 6 kompozycji w aranżacjach na gitarę akustyczną i głos. Część z nich znalazła się potem na pierwszym pełnowymiarowym krążku, zatytułowanym „Mute In The Sea”, wydanym 2 miesiące później. Tym razem zostały one zaaranżowane z większym rozmachem, aczkolwiek także nagrane przez lidera właściwie w pojedynkę, jedynie w jednym nagraniu wspomógł go saksofonista Quentin Thomas. Minęły 2 lata i do naszych rąk trafia drugi krążek Berlin Heart, który nosi tytuł „The Low Summit”. Przynosi on 54 minuty muzyki podzielonej na 11 ścieżek. I o ile w kwestii odpowiedzialnego za muzykę i teksty nic się nie zmieniło – całość to dzieło Vincenta, to jednak do realizacji swoich pomysłów tym razem zaprosił całkiem liczne grono muzyków. Ich wkład istotnie wpłynął na ostateczny kształt nowego wydawnictwa.

Ale po kolei. Trzaski, wokaliza i dźwięki banjo wypełniają intro w postaci utworu „The Poringland Oak”. Przechodzi on płynnie w nagranie „Still Life”, które po spokojnym wstępie z dominującym brzmieniem gitary i subtelnym śpiewem Blanota, kojarzącym się mi z tym co prezentuje choćby Oskar Holldorff w Dim Gray czy Juho Myllylä w Burntfield. W dalszej części do głosu dochodzi perkusja (gra na niej na całej płycie Aurélien Ouzoulias) oraz sekcja dęta (Carl Lelonge – puzon, Jose Gimenze – waltornia, Cécile Dubois – eufonium), która wraz z partią gitary daje alternatywno–symfoniczną mieszankę. Na ścieżce 3 umieszczono instrumentalny numer „Apical Bud”, w którym znów dużo do powiedzenia ma sekcja dęta oraz banjo, które nadaje mu folkowego polotu, a całość podbudowana jest ostrzejszą gitara, wokalizą Vincenta i mocniejszą pracą sekcji rytmicznej. Te, z pozoru gryzące się ze sobą, środki wyrazu zostały idealnie wyważone, co dało nader ciekawy efekt. Po tym dynamicznym fragmencie przychodzi uspokojenie. „She Dreamed Of A Pale Light” to akustyczne nagranie, w którym rządzi fortepian, skrzypce (gra na nich Mathieu Vilbert – ten sam, który ubarwił swoją partią utwór „Skimming Stones” na ostatnim albumie Esthesis), wiolonczela (zagrał na niej Prosper Sibertin-Blanc), bas (tu z kolei zagrał Logan Berdah) i głos Blanota. „Crystal Morning” to z kolei bardziej żwawy fragment płyty, z przebojowym refrenem:

“We were so young

We lived so numb

My hand in hers

She says it hurts

Hearing clouds

Through the racks”.

I to nagranie fajnie się rozwija, od rozmarzonego początku ze skrzypcami w tle po dynamiczną drugą część, z wyrazistą partią organów oraz solówkami na gitarze i, mocno żywiołową, na saksofonie. Kolejne wyciszenie przynosi instrumentalne nagranie „The Innocents”, w którym słychać tylko fortepian, banjo i skrzypce. „Lost House” wita nas brzmieniem zaprogramowanej perkusji, fortepianu i wyjątkowo niskim śpiewem Blanota. Dużą rolę pełni tu saksofon Thomasa. Raz wybrzmiewa on w tle, by potem wysunąć się na czoło, serwując dynamiczne sola. Inny wartym podkreślenia wyróżnikiem jest umieszczenie wielu ścieżek wokalnych, które w połączeniu ze wspomnianymi brzmieniami instrumentu dętego daje fajny, soulowy klimat. Nie brak tu także krótkiej, acz bardzo melodyjnej solówki gitarowej oraz przewijających się w tle dźwięków gitary lap steel. Na kolejnej ścieżce umieszczono balladę „Dead Leaves”. W bardzo podobnej formie znalazło się to nagranie na wspomnianej akustycznej EP-ce. To tylko gitara akustyczna i głos, który śpiewa nostalgiczny tekst o przemijaniu:

“As the sun is rising, they just get dry

Birth is nothing when you always die

The scenery's flawless, with nothing to hide

When it's all there it gets harder to lie

 

What if we're all the same

What if they're just like me

What if we're all to blame

 

It's happening all again

Close your eyes and hold your hands

It's getting dark over again

Over again

Again”.

Na „Live At Home” mogliśmy także usłyszeć wcześniej kolejny fragment albumu, czyli nagranie tytułowe. Ale o ile „Dead Leaves” niewiele się zmieniło, tak „The Low Summit” przeszło radykalną metamorfozę. Wystarczy spojrzeć na czas jego trwania – oryginalnie były to 3 minuty, tu zyskało formę ponad 15-minutowej suity. Po 2 i półminutowym balladowym wstępie, opartym na brzmieniu akustycznej gitary, skrzypiec i śpiewie Vincenta (na kilku ścieżkach), przychodzi fragment z ostrzejszą gitarą. Tu zdecydowanie czuć wpływ Porcupine Tree na twórczość francuskiego muzyka. Słychać go także w dalszej części, gdzie przeszywają się akustyczne dźwięki oraz mocniejsze gitarowe riffy, łagodzone brzmieniem skrzypiec i wiolonczeli. Jeżozwierzowe skojarzenia przywołują miejscami partia perkusji Ouzouliasa i syntezatorów Blanota (kłaniają się Harrison i Barbieri). Duże wrażenie robi także końcowy fragment kompozycji, następujący po części z subtelną elektroniką, z powtarzaną wokalizą wybrzmiewającą na tle grających z coraz większym natężeniem instrumentów smyczkowych, do których dołącza Wilsonowska gitara (naprawdę nietrudno sobie wyobrazić, że gra tu Bosonogi) oraz syntezatory à la Barbieri. Na sam finał otrzymujemy kolejne wyciszenie z gitarą akustyczną i subtelnym wokalem, śpiewającym ostatnie wersy utworu o przemijaniu, życiowych wyborach i o tym dokąd zmierzamy:

“Top of the mountain

But down the hill

Every journey

Seems unreal

 

All our faces

Drawn by the wind

Sometimes they hurt

Maybe they're from flesh and blood

 

We're still afraid of what will come ahead

Couldn't we just look the other way

As the fire, darkness won't remain

Cause all things must pass

Will we be there at last”.

Do uzyskania ostatecznego brzmienia na ścieżce numer 10, którą zajmuje 7-minutowe nagranie „Solar” Blanot, zaprosił zdecydowanie najwięcej gości. Oprócz wymienionych wcześniej muzyków (Ouzoulias, Lelonge, Gimenze, Dubois) swoje partie chórków zarejestrował Clément Demaria, a na gitarze lap steel zagrał, wspomniany na początku, Aurélien Goude. Początek i koniec zdominowany został przez nuty wydobywane z banjo, zaś w środku na czoło wysuwa się gitara akustyczna i lap steel, które tworzą rozmarzone tło dla partii wokalnej. Gdzieś w połowie do głosu dochodzi gitara elektryczna, która podobnie jak w utworze wcześniejszym, przynosi skojarzenia z twórczością Stevena Wilsona. Ten instrumentalny fragment powala połączeniem dźwięków gitary, syntezatorów, sekcji dętej oraz wyrazistej pracy basu i perkusji podlanych nutami granymi przez Goude.

I to już prawie koniec, pozostała tylko 2-minutowa instrumentalna koda w postaci nagrania „Mousehold Heath”, w którym rządzą syntezatory i fortepian, a w tle słychać dźwięki mogące imitować brzmienie płyty winylowej lub też trzaski płonącego ogniska.

I tak docieramy do końca tego wydawnictwa. Jego szatę graficzną zdobią prace niemieckiego pejzażysty Michaela Handta. Na okładkę trafił widok na lodowiec Kees, zaś na rewersie wykorzystano obraz zatytułowany „Autumnal Dawn In The Forest”. Ponadto w środku 8-stronicowej książeczki wykorzystano jeszcze dwa inne fragmenty twórczości Niemca. Jak możemy przeczytać w opisie płyty, Blanot inspirował się XIX-wiecznymi europejskimi romantycznymi pejzażami, a dzieła Handta idealnie wplatają się w ten nurt. Warstwa wizualna płyty współgra z poetyckimi tekstami Vincenta, które prezentują podróż w ciemne zakątki i świetliste panoramy, a album nie opowiada jednej historii, ale jednak jego sedno stanowi opowiadanie historii. Zawiłe to i jednocześnie fascynujące, czyż nie? Dodatkowo autor interpretuje liryki swoim bardzo przyjemnym głosem, który bez problemu sprawdza się w zarówno rockowym repertuarze, jak i w nieco lżejszym, o soulowo-popowych korzeniach. W stosunku do debiutu, skądinąd bardzo ciekawego, lider zrobił krok do przodu prezentując jeszcze bardziej dojrzały materiał, a zaproszenie do współpracy innych muzyków wybitnie wzbogaciło brzmienie projektu pozwalając muzyce skrzyć się wieloma barwami. A to z kolei spowodowało, że „The Low Summit” może spodobać się miłośnikom nowoczesnego rocka progresywnego z domieszką folku, muzyki elektronicznej, ale także ambitnego popu. Niezależnie od tego do jakiej kategorii zaliczymy drugi album grupy Berlin Heart trzeba przyznać, że jest to po prostu kawał dobrej muzyki podanej w bardzo smakowity sposób.

Płytę w wersji cyfrowej oraz na płycie kompaktowej można zamawiać na stronie berlinheartmusic.bandcamp.com.

MLWZ album na 15-lecie