Shadow Gallery - Legacy

Artur Chachlowski,
ImageTa płyta z całą pewnością nie zawiedzie sympatyków grupy Shadow Gallery. To już czwarty bardzo udany album w dorobku tej amerykańskiej formacji. Może nieco lżejszy i mniej skomplikowany niż poprzednie dzieło „Tyranny” sprzed 3 lat. Swoją konstrukcją przypomina raczej wydany w 1995r. album „Carved In Stone”. Rozpoczyna się od sequela kompozycji “Cliffhanger”, która otwierała tamto wydawnictwo. Nawet nie trzeba się jej  uważnie przysłuchiwać, by wyłapać oczywiste cytaty z tamtego utworu. Finał płyty stanowi zaś monumentalna, świetnie skonstruowana suita „First Light”. I też, jak przed 6 laty w utworze „Ghostship” mamy tu, po około 25 minutach porywającego grania, kilka minut ciszy, z której nagle dobywają się dzwonki i pukanie do drzwi, by w punkcie kulminacyjnym niby znikąd wyłoniła się podniosła melodia. Taka swoista instrumentalna coda, będącą prawdziwą kropką nad i. Bowiem pomiędzy utworami „Cliffhanger 2”, a „First Light” znajdujemy jeszcze 4 świetne kompozycje. Jedna piękniejsza od drugiej. I czy jest to nastrojowy „Destination Unknown”, przebojowy „Colors”, czy bardzo dynamiczny „Legacy”, to w każdym z tych utworów bardzo dużo ciekawego się dzieje, muzycy grają porywająco, a Mike Baker śpiewa w sposób  chwytający za serce. Wspaniale słucha się tej muzyki. Słuchając albumu „Legacy” dostrzegamy, że Shadow Gallery to zespół dojrzały, inteligentnie łączący symfoniczne klimaty z ostrym rockowym graniem. Dlatego powtórzę to raz jeszcze: ci, którzy zetknęli się już kiedyś z muzyką Shadow Gallery nie będą zawiedzeni. Tym, którzy sięgną po „Legacy” dopiero po przeczytaniu tej recenzji  gwarantuję 60 minut wspaniałych muzycznych wrażeń.
MLWZ album na 15-lecie