Signs - Source Code

Artur Chachlowski,
ImageTen holenderski kwartet przypomniał o sobie po wielu latach milczenia albumem, który sprawi, że słuchacze znający dotychczasowy dorobek zespołu ze zdziwienia szeroko otworzą oczy. Grupa Signs zadebiutowała jeszcze w latach 80. płytą „Chimera”, po której ukazał się  album „Private Eyes” (1990). Oba te wydawnictwa cechuje typowa dla tamtych czasów neoprogresywna ściana dźwięku, nienajlepsza produkcja i wyraźne braki wokalne śpiewającego basisty i lidera zespołu w jednej osobie, Hansa deGraafa. Natomiast teraz Signs, choć powraca w niezmienionym składzie, jawi się nam niczym zupełnie inna grupa. Zespół zdecydowanie dojrzał. Okrzepł muzycznie, kompozytorsko, technicznie, wykonawczo i wokalnie. Wszystko to sprawia, że płyty „Source Code” słucha się z wyjątkową przyjemnością. Niby nie ma w tej muzyce nic odkrywczego, niby nie słychać w niej jakichś przełomowych rozwiązań, ale też zespół Signs nie kryje, że nie chodzi mu wcale o jakieś odkrywanie nowej progresywnej Ameryki. Grupa obrała sobie przed laty jednoznaczny kierunek i realizuje swe muzyczne pomysły w niesamowicie konsekwentny sposób, robiąc przy tym na swoim najnowszym albumie olbrzymi krok do przodu.
MLWZ album na 15-lecie