D Project

Lucifer's Friend - Too Late To Hate

Artur Chachlowski, Lucifer's Friend - Too Late To Hate

Po wielu latach milczenia legendarna formacja Lucifer’s Friend coraz bardziej rozpieszcza swoich fanów rozciągniętym w czasie powrotem do aktywności muzycznej. Najpierw, jeszcze w zeszłym roku, ukazał się kompilacyjny album (ale z kilkoma premierowymi nagraniami) pt. „Awakening”, potem pojawiło się koncertowe wydawnictwo „Live @ Sweden Rock 2015”, by wreszcie na sklepowe półki trafił nowy studyjny krążek zatytułowany „Too Late To Hate”. To pierwszy studyjny album Lucifer’s Friend od… 1981 roku.

Dzisiejszy skład grupy to panowie Peter Hesslein (g), Dieter Horns (bg) oraz wokalista John Lawton. Przypomnijmy, że ten ostatni w 1976 roku opuścił szeregi Lucifer’s Friend, by dołączyć do podstawowego składu Uriah Heep. Do tej „klasycznej” trójki dołączyli Jogi Wichmann (k) i Stephen Eggert (dr). Nagrali razem album, który idealnie wpisuje się w konwencję klasycznego hard rocka definiowanego miarą brzmień lat 70., a więc okresu kiedy gatunek ten święcił największe triumfy. Słuchając „Too Late To Hate” aż trudno uwierzyć, że to płyta nagrana współcześnie. Ale właśnie ten tradycyjny, by nie powiedzieć staromodny styl, któremu hołduje Lucifer’s Friend, jest największym atutem tego wydawnictwa. Dziś w taki sposób nie gra już nikt (no, może jeszcze wiecznie żywe Deep Purple, które na przyszły rok przygotowuje swój prawdopodobnie pożegnalny album „inFinite”). Dzisiaj, z tymi różnymi nowymi elementami, które zawierają w sobie te wszystkie retro rocki, new metale, stonery i inne odmiany klasycznego stylu hard, liczni naśladowcy ledwie ocierają się o cień charakterystycznych brzmień spopularyzowanych przez klasyków gatunku, jak Black Sabbath, Uriah Heep, Deep Purple, Steppenwolf czy Vanilla Fudge. Lucifer’s Friend to inna liga.

No właśnie, natomiast gdyby tak wyobrazić sobie, że czas zatrzymał się w miejscu, gdzieś tak w połowie lat 70., to wydaje się, że Lucifer’s Friend AD 2016 jest najklasyczniejszym i żywym przykładem tego jak się wtedy grało. Pozostając wiernym tradycji, zespół przygotował album, który w swoim programie zawiera potencjalne przeboje („Demolition Man”, „Brothers Without Name”, „I Will Be There”), i pełne emocji stylowe ballady („When Children Cry”, „Tears”), i rozpędzone pełnokrwiste rockery („Tell Me Why”, Jokers And Fools”), i oparte na nośnych bluesowych riffach rockowe piosenki („Don’t Talk To Strangers”, „This Time”), i utwory cięższego kalibru („Straight For The Heart”, „Sea Of Promises”). Jako bonus dołożony jest tu fragment „When You’re Gone” z koncertu w Tokio ze stycznia tego roku. Wszystkie te kompozycje przepełnione są cudownie brzmiącymi organami Hammonda, ostro riffującymi partiami gitar, świetnie napędzającą całość sekcją rytmiczną oraz rewelacyjnym śpiewem Jona Lawtona. Jego głos na przestrzeni lat nie postarzał się ani trochę, co daje nadzieję, że „Too Late To Hate” to jeszcze nie ostatnie słowo, jakie wypowiedziała grupa Lucifer’s Friend. To dobrze. Bo tak udanych płyt chciałoby się słuchać jak najwięcej.

MLWZ album na 15-lecie