Blackfield - V

Artur Chachlowski, Blackfield - V

Nie wiem jak Wy, ale osobiście z ogromnymi nadziejami przyjąłem wiadomość o powrocie Stevena Wilsona do Blackfield w charakterze równorzędnego wspólnika Aviva Geffena, a informacja o zbliżającej się premierze nowej płyty nabrała rangi największego muzycznego wydarzenia początku 2017 roku. Po dwóch pierwszych, rewelacyjnych albumach duetu Wilson – Geffen, w miarę coraz bardziej zauważalnego wycofywania się tego pierwszego z procesu produkcyjno-kompozycyjnego, w Blackfield postępowała coraz bardziej wyraźna obniżka artystycznej formy, co dało się zauważyć na płytach „Welcome To My DNA” (2011) i w jeszcze większym stopniu na „IV” (2013).

Niedawna szeroko zakrojona akcja informacyjno-marketingowa wytwórni Kscope rozbudziła jeszcze większe nadzieje, bowiem ogłoszono, że Wilsonowi i Geffenowi w studiu pomagać będzie znakomity producent Alan Parsons, który nada produkcjom obu panów symfoniczno-orkiestrowego sznytu. Nie wiem jak u Was, ale napięcie związane z oczekiwaniem na płytę „V” sięgnęło u mnie zenitu.

Album już jest. No i co? Powiem tak: z jednej strony jest dobrze. To znaczy jako wielki sympatyk melodyjnych piosenek z łatwo zapamiętywalnymi refrenami czuję się usatysfakcjonowany. Program płyty wypełnia trzynaście (to rekord w historii Blackfield!) utworów, z których ponad połowa to udane, samośpiewające się i szybko zapadające w pamięć piosenki. Ale pozostała część to już rzeczy słabszej kategorii i piszę to z żalem, bo słowo „słabszej” jakoś nigdy do tej pory nie wychodziło mi spod pióra w kontekście muzyki Blackfield. Ciągle zastanawiam się dlaczego słuchaniu „Piątki” nie towarzyszą takie emocje, których, doskonale to pamiętam, dane mi było doświadczać podczas poznawania „Jedynki” i „Dwójki”?...

By jak najkrócej podsumować wartość płyty „V” powiem, że umieszczam ją w hierarchii dokładnie w połowie dotychczasowego dorobku duetu: nieco niżej niż dwa pierwsze krążki i nieco wyżej niż trzeci i czwarty. Co nie jest, wydaje się, wynikiem złym, zważywszy na to, że zdaję sobie sprawę jak trudno jest powtórzyć i utrzymywać mistrzostwo świata w oczarowywaniu słuchacza od pierwszej do ostatniej minuty albumu, co swego czasu grupa Blackfield osiągała z naturalną gracją i łatwością.

Z dużej chmury mały deszcz. Myślę, że Avivowi Geffenowi (a może specjalistom z Kscope?) udało się umiejętnie rozkręcić maszynkę marketingową związaną z obwieszczeniem najpierw odejścia, a potem „wielkiego powrotu” Wilsona w szeregi Blackfield. Jego eksponowana wokalna rola ledwie w kilku piosenkach na płycie to gruba przesada w stosunku do wcześniejszych zapowiedzi, szczególnie, że słuchając „V” ma się przez cały czas poczucie dużej nierównowagi (więcej Geffena niż Wilsona). To samo dotyczy udziału w tym przedsięwzięciu Alana Parsonsa i The London Session Orchestra. Jego producencka ręka „dotknęła” zaledwie trzech spośród trzynastu utworów. Jednym słowem, w Blackfield AD 2017 za mało jest moim zdaniem Wilsona i Parsonsa. Przynajmniej w stosunku do wcześniejszych anonsów. Myślę, że dzisiejszy Blackfield to przede wszystkim wciąż zespół Aviva Geffena, który po intensywnym zaangażowaniu się Stevena Wilsona w rozkręcanie własnej solowej kariery, jest zmuszony samodzielnie (prawie) pchać ten wózek. Niemniej, jak już wcześniej wspomniałem, w odróżnieniu od dwóch poprzednich płyt, robi to teraz z lepszym skutkiem, choć nie ustrzegł się przy tym kilku błędów. Co na pewno zrobił dobrze, to zarzucił pomysł angażowania innych wokalistów, co było sporym niewypałem na „Czwórce”. Choć jest jeden wyjątek: utwór „Lonely Soul” śpiewany jest przez panią Alex Moshe i powiem bez ogródek: jest to największy koszmarek, jaki kiedykolwiek popełnił zespół Blackfield. Co ten utwór robi na tej płycie? Tego nie rozumiem. Mogę wprawdzie zrozumieć, że pani Moshe jest prawdopodobnie aktualną życiową muzą pana Geffena, ale lansowanie jej w tak odstającym stylistycznie od klasycznego blackfieldowego repertuarze raczej zaszkodzi jej niż pomoże. W każdym razie moja ręka zawsze przy utworze nr 12 mimowolnie wędruje do przycisku SKIP. Ileż można w hiphopowym rytmie słuchać, że „wszystko się rozpadło i wszystko jest chaosem”?... Nie chcę więcej takich „samotnych dusz”! Co się jeszcze nie udało? Rozczarowałem się, że Geffen sięgnął po swój wcześniejszy repertuar, jak np. utwór „October”, który przecież opublikował już w 2009 roku na swoim solowym krążku. Zdziwiłem się też, że w przewidzianym do promocji utworze „Family Man” skradł on co najmniej kilka nutek z Wilsonowskiego „Harmony Korine”.

Na szczęście pośród tych na szczęście nielicznych wpadek znajduje się kilka chwytających za serce momentów, jak chociażby śpiewany przez Wilsona „From 44 To 48”, a także Geffenowski „Undercover Heart”. Oba są niezwykle nośne i wróżę im niebawem status prawdziwych koncertowych „klasyków”. Wyróżnia się też instrumentalne nagranie „Salt Water”, które wraz z bezpośrednio poprzedzającą go piosenką „The Jackal” należy do najmocniejszych fragmentów płyty. Podobać może się też przebój „How Was Your Ride?” oraz niesamowicie chwytliwe nagranie „We’ll Never Be Apart”.

Jak wspomniałem, pośród tych niezłych kompozycji zdarzają się też mniej udane, choć tylko w jednym, wspomnianym wyżej, przypadku woła to o pomstę do nieba. Nie będę wymieniał ich tytułów, ale chyba każdy słuchacz wyłowi je bezbłędnie, gdy poczuje, że oprócz rzeczy świetnych, na „V” znaleźć też można zwyczajne „zapchajdziury”. Jednakowoż, z rąk panów Geffena i Wilsona otrzymaliśmy w efekcie całkiem dobrą, a przy tym najdłuższą płytę w dorobku Blackfield. Trwa ona nie dwa, co było wcześniej standardem, ale trzy kwadranse i – powtórzę to raz jeszcze – jest na niej z czego wybierać.

MLWZ album na 15-lecie