Hackett, Steve - At The Edge Of Light

Maurycy Nowakowski, Hackett, Steve - At The Edge Of Light

Pierwsze odsłuchy były trudne. Jednym uchem wpadało, drugim wypadało. Zacząłem obawiać się, że siedemnasty rockowy album studyjny z premierowym materiałem (dwudziesty piąty w ogóle) legendarnego gitarzysty, jednego z moich ulubieńców, będzie takim samym muzycznym meteorem jak trzy poprzednie. Przeleci, z pozoru efektowny, nie pozostawiając po sobie nic do zapamiętania. Ale na szczęście po którymś razie przyszło lekkie przełamanie i pewne fragmenty zaczęły świecić żywym blaskiem. Nie, nie ma szału – Steve Hackett nadal wypełnia dyskografię albumami zawierającymi materiałem raczej z drugiej dziesiątki dzieł pod względem jakości repertuaru – ale jest lepiej, niż było w ostatnich latach.

Hackett miał różne fazy swojej twórczości. Był okres stricte artrockowy, kiedy tuż po opuszczeniu Genesis rozwijał tereny penetrowane przez zespół. Był okres, gdy bardzo pociągał go eklektyzm i wypełniał płyty utworami różnorodnymi zawierającymi elementy progresji, jazzu, bluesa, muzyki klasycznej, orientalnej i akustycznej. Był też okres kiedy miniatury na gitarę akustyczną pociągały go bardziej niż pełne rockowe brzmienie. W tej dekadzie Hackett wypracował nową - starą formę. Do perfekcji doprowadził fuzję muzyki klasycznej i muzyki świata. Kiedyś rozdzielał te style, teraz potrafi je umiejętnie zestawiać obok siebie nawet w obrębie jednego utworu. Z pozoru brzmi to intrygująco, niestety forma to jedno, a treść drugie. I o ile kwestię formalną Hackett wypracował bardzo naturalnie, to niestety mam wrażenie, że począwszy od „Beyond the Shrouded Horizon” (2014) zaczął cierpieć na brak dobrych pomysłów. Z ostatnich trzech albumów nie pozostało mi w pamięci praktycznie nic, co uznałbym za wartościowe w dorobku Hacketta. Fakt, że poprzeczka wisi bardzo wysoko, bo wywindowały ją naprawdę znakomite albumy przede wszystkim z lat siedemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, że wspomnę choćby „Spectral Mornings”, „Guitar Noir”, czy „Darktown”, ale fakt jest faktem. Gdy odchodzą aspekty promocyjne, w secie koncertowym szkoda nawet pięciu minut na cokolwiek z ostatnich albumów i nie dziwota, że Hackett koncertuje z rocznicami starych płyt, a nie odważną promocją nowych… ale wróćmy do „At the Edge of Light”.

Pod względem formy jest to w dużym stopniu kontynuacja ostatnich albumów. Masywne, monumentalne akordy muzyki poważnej, orientalna melodyka uwiarygodniona egzotycznym instrumentarium (m.in. dęte: ormiański duduk i australijski didgeridoo, czy strunowy, perski tar), płynne i misternie prowadzone partie gitarowe – to główne części składowe. Brzmi to bardzo dobrze, wyraziście i dobitnie. Hackett do perfekcji doprowadził brzmienie własnej gitary, która po pierwsze jest niezwykle charakterystyczna i łatwo rozpoznawalna, poza tym z zadziwiającą łatwością łączy w sobie moc, zadziorność, płynność, subtelność i melodykę. Mieć takie narzędzie w ręku to wielki kapitał. Ręka Hacketta wciąż jest w formie „chirurgicznej”. Gorzej jest oczywiście jeśli chodzi o śpiew. Steve nigdy nie był dobrym wokalistą. Długo też śpiewania unikał. Teraz jego głos brzmi znośnie, ale słychać, że linie wokalne tworzone są z dużą ostrożnością, dopasowane pod jego niewielkie możliwości wokalne. Jest to spore ograniczenie, ale umówmy się – płyt Hackett nie słucha się dla śpiewu, tylko dla kompozycji, melodii i gitar.

Minusem albumu jest ten sam grzech, który w moim odczuciu określił zawartości poprzednich płyt – coś co nazywam „graniem formą”. Polega to na tym, że otrzymujemy utwory, które co prawda świetnie demonstrują sam pomysł na muzykę i jej brzmienie, ale nie opierają się na dobrych, charakterystycznych pomysłach – melodiach, motywach, riffach. Niektóre kompozycje są też niepotrzebnie przekombinowane, przeładowane wątkami. Ale na szczęście na „At the Edge of Light” jest też trochę konkretów, rzeczy wyrazistych, dobrze rozwiniętych pomysłowych motywów i melodii. Jest też jakiś trudny do określenia przyjemny nerw zawarty w tej muzyce. Już po tytułach widać, że Hackett jest wyjątkowo „bojowo” nastawiony. Nietrudno się domyślić, że „Upadłe mury i cokoły”, „Bestie naszych czasów”, „Głodne lata”, „Cień i ogień”, „Konflikt” i „Pokój” to tytuły zapewne nawiązujące do trudnej i napiętej sytuacji panującej na świecie. Czuć to napięcie, tę złość i tę troskę w muzyce.

Już pierwszy utwór na albumie pokazuje z jakim rodzajem emocji będziemy mieć do czynienia. Jakby dla zmyłki otwierają go subtelne, orientalne motywy przerwane bezpardonowym uderzeniem perkusji i wejściem pochodu masywnych akordów burzących ład i wprowadzających niepokój. „Beasts of Our Time” jest kontynuacją tego napięcia. Tu znów początek zdaje się lekki, płynny, niemalże baśniowy. Smyczkowe brzmienia, gitara akustyczna, łagodny wokal i kojące, jakby kołysankowe wokalizy w uroczym refrenie. W kolejnych refrenach wokalizy chowają się, by ustąpić miejsca znakomitym solowym wejściom najpierw saksofonu, a później gitary. W czwartej minucie w tym kołysankowym nastroju pojawia się rosnący cień niepokoju, który zwiastuje drastyczną zmianę klimatu. Klawiszowe akordy stają się ostre i zimne jak sople lodu, gitara podaje agresywne, złowieszcze zagrywki. Tempo przyspiesza, kompozycja narasta. To mocny punkt płyty.

Ciekawą zmianę stylistyki przynosi czwarty „Underground Railroad”. Harmonijka ustna, surowe piano i kobiece gospelowe głosy (piękne wokale sióstr Durgi i Lorelei McBroom), a po chwili nieco countrowa gitara i wokal Hacketta, aż wreszcie uderzenie i galopujący motyw basowy.  Wyrasta z tego całkiem ciekawy, motoryczny blues-rockowy numer z elementami progresji. Jeśli Steve ma romansować z bluesem i innymi brzmieniami amerykańskimi, to najlepiej w takim właśnie stylu.

Na miano centralnego i najważniejszego numeru na płycie wyrasta monumentalny, jedenastominutowy „Those Golden Wings”. I to byłby naprawdę bardzo dobry utwór, gdyby Hackett moim zdaniem niepotrzebnie nie rozbudował go o fragmenty stricte klasyczne i orkiestrowe. A tu najbardziej urzeka stosunkowa prostota pierwszej fazy piosenki, bo melodia jest urocza i subtelna, pajęczynka motywu gitarowego intrygująca, a wieńczące to refreny są logiczne i mocne. Po tych podniosłych wzruszających refrenach właściwie już nic nie trzeba by dodawać. Tylko nie przeszkadzać i dać muzyce płynąć. Dla Hacketta, który wywodzi się ze szkoły progresywnej, wzbogacanie, urozmaicanie i rozbudowywanie jest jednak ciągotą bardzo silną i naturalną. Po ładnej solówce gitary i krótkim wyprowadzaniu instrumentalnym, dostajemy najpierw fragment „klasyczny”, po czym na plan pierwszy wychodzi drapieżna gitara i jej kilkudziesięciosekundowe ostre, kontrastujące z resztą utworu solo. Po chwili znów zmiana kolorystyki brzmieniowej i wyciszenie za pomocą króciutkiego fragmentu chóralnego… Fakt, że Hackett ładnie to skleił, przejścia są mimo wszystko dosyć łagodne i po tej klasyczno-rockowo-chorałowej wycieczce bardzo naturalnie wrócił do głównego motywu, ale obraz utworu jak dla mnie został niepotrzebnie zamazany. Darowałbym sobie te dwie-trzy środkowe minuty i w tym przypadku postawiłby na klarowność i konsekwencję brzmienia. Ale i tak „Those Golden Wings” to bardzo mocny punkt repertuaru. Wreszcie dobra melodia niebanalnie i efektownie podana, jak za starych dobrych czasów.

Z równie piękną melodią i już bez komplikacji kompozycyjnych – choć też z ciekawymi ozdobnikami – mamy do czynienia w ostatnim na płycie „Peace”. To mój faworyt. Hackett dawno nie napisał tak dobrej, mocnej, sugestywnej i zapadającej w pamięć piosenki. Tu wszystko jest na miejscu. Niby prosta konstrukcja, ale dostajemy też całe multum drobnych ozdobników i urozmaiceń. Brzmienie jest bogate i efektowne, ale nie przeładowane. Jest miejsce na zgrabne zwrotki i zjawiskowe refreny, jest też miejsce na piękne, starannie poprowadzone solo gitarowe puentujące zarówno utwór, jak i całą płytę. To bardzo ładny, poruszający finał tego w gruncie rzeczy niezłego albumu. Zaryzykowałbym tezę, że „The Edge of Light” to najciekawszy materiał Hacketta od czasu „The Watch the Storms”, a od „Out of the Tunnel’s Mouth” na pewno. 

MLWZ album na 15-lecie