Leash Eye - Blues, Brawls & Beverages

Krzysztof Wieczorek, Leash Eye - Blues, Brawls & Beverages

Dla wielu miłośników hard rocka nie znających wcześniej warszawskiej kapeli Leash Eye album :Blues, Brawls & Beverages: może być zaskoczeniem. Dla mnie okazał się strzałem w dziesiątkę, ujął mnie od pierwszego przesłuchania, nie pozwalając na zbędne refleksje. Bezkompromisowo, bezdyskusyjnie. Chwycił za gardło od pierwszego dźwięku. Jest taki, jakie rockowe stare tygrysy lubią najbardziej.

Pisanie, że to muzyka drogi wydaje się banałem. Ale z jakiegoś powodu na okładkach wcześniejszych płyt zespołu królują samochody i to wcale nie te najlżejsze. Bo i muzyka z płyty do najlżejszych nie należy. Nie ma tu łzawych balladek spod znaku popowej muzy. Jest mocno, zdecydowanie rockowo, z zadziorną gitarą, nadającą drajw perkusją i mięsistymi organami. Tak jak powinno być, zgodnie ze wszelkimi prawidłami gatunku. Słucha się tego z prawdziwą przyjemnością i wcale nie wydaje się, że to wtórne granie, choć najwyraźniej przebijają tu echa Deep Purple z najlepszych lat. Stylistyka doskonale i klasycznie hardrockowa, z bluesową domieszką, a pomysły melodyczne niebanalne. I chce się tego słuchać. Z uśmiechem na twarzy, dowodzącym, że stare wzorce nadal żyją, mają się dobrze i nadal można wykrzesać z nich coś oryginalnego.

Jedenaście kawałków, a każdy inny. Nie ma zapychaczy. Jest ciągnący wszystko zdecydowany bas na mocnej perkusyjnej podstawie, są wyraziste solówki i chwytliwe riffy. I do tego wszystkiego świetny wokal, doskonale wtopiony w muzykę i pełen pomysłów (polecam kawałek „Twardowsky J.”). Na płycie wybija się świetna, dobrze brzmiąca gitara. To naprawdę sztuka zagrać tak, by w tle dało się usłyszeć dalekie aluzje do największych wioślarzy, a przy tym pozostać oryginalnym. Tu mój głęboki ukłon. Jednak największe słowa uznania kieruję gościa stojącego za klawiszami. Cokolwiek to jest, to brzmi jak milion dolarów, niczym najbardziej rasowy Hammond. Chyba jego wkład w całościowe brzmienie albumu, pospołu z wokalistą, przekonał mnie najbardziej.

Leash Eye to paczka starych wyjadaczy, doskonale się rozumiejących. Wszyscy mają za sobą muzyczne staże w różnych konfiguracjach. Ostatnio zespół mocno się przemeblował, z różnych względów wymieniając niemal połowę składu. Po kilku latach, jakie minęły od wydania poprzedniego krążka „Hard Truckin’ Rock” przypomnieli o sobie naprawdę dobrym, bardzo różnorodnym materiałem. Sami mówią, że to co grają to właśnie hard truckin’ rock. Aktualnie grupę tworzą: Marek „Marecki” Kowalski – bas, Piotr „Voltan” Sikora – klawisze (!!!), Arkadiusz „Opath” Gruszka – gitara (!!), Łukasz „Quej” Podgórski – śpiew (sic!) oraz Marcin „BeeGees” Bidziński – perkusja. Starsi słuchacze być może pamiętają ich początki, gdyż formacja pojawiła się na scenie już w 1996 roku jako Mad Dog, w nieco innej konfiguracji. Trzy lata później muzycy nagrali demo, a pierwszy katalogowy krążek „V.E.N.I.” wydali w 2009. Później były jeszcze dwa: „V.I.D.I.” (2011) oraz wspomniany „Hard Truckin' Rock” (2013). Występowali także na festiwalach Wacken Open Air (2011) oraz Sonisphere Festival (2011).

Płyta podróżuje ze mną od tygodnia i nadal sięgam po nią z prawdziwą przyjemnością. Płyta najpierw została wydana w formie cyfrowej na początku 2019 roku, a dokładnie 4 stycznia. Natomiast w wersji płytowej na krążku CD została wydana 26 stycznia tego roku. Na szczęście nadal nie brakuje tych, którzy lubią pocieszyć oczy okładką, poszeleścić książeczką i srebrzysty krążek zapakować do tradycyjnego odtwarzacza. Muzyka z nowej płyty Leash Eye sprawdza się zarówno w samochodzie, jak i na imprezie. Przyznam, że chętnie zobaczyłbym zespół na żywo, bo jak wiadomo obecność publiczności z pewnością muzyków uskrzydla. Nie chcę wymieniać kolejno utworów godnych uwagi, gdyż musiałbym przytoczyć całą setlistę. Jeśli należałoby wybrać jeden, to miałbym nie lada problem. Ale jeśli trzeba, to niech będzie rozpędzony „Jackie Chevrolet”. Albo dużo wolniejszy „Well Oiled Blues”. Albo opatrzony kapitalnym wstępem „Planet Terror”, zainspirowanym chyba jakimś dalekim południem Stanów. Albo „One Last Time”, z monumentalnym organowym intro. Albo… itd.

Całość ma naprawdę dopieszczone brzmienie. Może to zbyt daleko idące skojarzenie, ale premiera tego krążka skojarzyła mi się z wrażeniem, jakie zrobił powracający po latach Deep Purple albumem „Perfect Strangers”. Tu również mamy powrót do rockowej tradycji, brzmiący jednak zaskakująco świeżo. „Blues, Brawls & Beverages” warszawiaków z Leash Eye skrzy się różnorodnością, nie pozostawiając miejsca na czcze dywagacje. Jest jak cios między oczy. Chapeau bas.

MLWZ album na 15-lecie