Pendragon - The Jewel

Paweł Świrek, Pendragon - The Jewel

Pendragon powstał pod koniec lat 70. (za początek podaje się rok 1978, stąd świętowane niedawno omawianym przez nas boxem „The First 40 Years” pierwsze 40-lecie działalności zespołu), lecz na swój pełnowymiarowy debiut musiał czekać aż do połowy następnej dekady.

Po wydanej w 1984 roku dość surowo brzmiącej czteruotowrowej EP-ce „Fly High Fall Far” przyszła wreszcie pora na longplay. Wydany pierwotnie na winylu przez należącą do Johna Arnisona (managera Marillion) wytwórnię Elusive album zatytułowany „The Jewel” zawiera siedem kompozycji. Zaczyna się radośnie brzmiącą kompozycją „Higher Circles”. „Pleasure of Hope” to jedna z najstarszych kompozycji zespołu. Da się w niej zauważyć elementy wczesnego stylu grupy Pendragon, choć pojawiają się już bardziej skomplikowane brzmienia gitarowe i klawiszowe. Nieco monotonny wokal Nicka Barretta może trochę nużyć, ale jest to jeden z bardziej charakterystycznych elementów tego numeru, który później stał się prawdziwym trademarkiem zespołu. Można zauważyć tu pewne podobieństwa do kompozycji „Pleasure of Hope” z wydanej wcześniej EP-ki. „Leviatan” to jeden ze sztandarowych utworów Pendragonu tamtego okresu. Podobnie jak zamykający stronę A dwuczęściowy utwór „Alaska”. Jest to jedna z piękniejszych kompozycji z tego okresu z mocno skomplikowanymi solówkami klawiszowymi w jej porywającym finale.

Pora na stronę B winylowej płyty. „Circus” w pewnym sensie dość mocno kojarzy się z „Dark Summer’s Day” z EP-ki „Fly High Fall Far”, lecz jest to o wiele bardziej radośnie brzmiąca kompozycja. Pojawiające się w dalszej części utworu partie klawiszowe mocno rysują późniejsze jakże charakterystyczne brzmienie zespołu, które zespół rozwinął na kolejnych wydawnictwach, choć już z innym keyboardzistą (na płycie „The Jewel” na syntezatorach gra Rik Carter, na następnych zastąpił go już Clive Nolan). Co charakterystyczne, spotyka się tu typowe dla wczesnego stylu zespołu przeciągane, bardzo długie zakończenia utworów. O ile „Oh Divineo” jakoś niespecjalnie przypada mi do gustu, choć nie jest to zły kawałek (pełno w nim typowych dla tego zespołu bogatych brzmień, zwłaszcza gry na klawiszach i solówek gitarowych), o tyle kończący właściwy album temat „The Black Knight” to prawdziwy killer i jednocześnie opus magnum tego wydawnictwa. Jest to najdłuższa kompozycja na płycie. Zaczyna się delikatnym motywem gitarowym połączonym z klawiszami. Z każdą chwilą napięcie rośnie. Po chwili wchodzi charakterystyczny wokal. Mocniejsze uderzenia w bębny i oto rozpoczyna się jedna z najwspanialszych solówek gitarowych Nicka Barretta. A potem jeszcze ten jego przejmujący wokal – aż ciarki po plecach przechodzą. Za chwilę tempo nagle przyspiesza, a potem już w warstwie muzycznej utworu zaczyna się dziać prawdziwe progresywne szaleństwo. Ten dość złożony fragment kończy długie solo klawiszowe, po którym następuje powrót do początkowych fragmentów utworu i tym samym bajka się kończy, a wraz z nią ta cała, bardzo udana zresztą, płyta.

To tyle o podstawowym materiale, czyli o krążku winylowym. Wydawnictwo to doczekało się także reedycji CD wzbogaconej o dodatkowe numery. Pierwsze wydanie CD z 1991 roku zawierało na końcu stronę A EP-ki „Fly High Fall Far”, czyli tytułowy numer oraz „Victims of Life” – utwór dość podobny w swojej konstrukcji i linii melodycznej do „Pleasure of Hope”. Wydane w 2005 roku wznowienie poza całkowicie zmienioną okładką (granatowa grafika z fotografią kobiecego aktu zamiast czarno-białej z granatowymi kryształami na tle kraciastego podłoża) zawiera prócz strony A wspomnianej EP-ki dwa dodatkowe numery. Są to nowe wersje dwóch innych wczesnych numerów zespołu: „Armageddon” i „Insomnia”. Oba były znane pierwotnie z taśm demo, a w późniejszym okresie ze składanki „Once Upon A Time In England”. Nagrane w nowym składzie (z pierwotnego line-upu zostali jedynie Nick Barrett i Peter Gee uzupełnieni przez Clive’a Nolana i Fudge’a Smitha) kompozycje dość mocno odstają od swoich pierwowzorów. Przejście na klawiszach w „Armageddon” w tej wersji wypada raczej oszczędnie w stosunku do oryginału i za bardzo ginie gdzieś w tle. Trochę też jakby bardziej podkręcone jest tutaj tempo, przez co to nowe wykonanie straciło swój organiczny urok. Sprawa wygląda podobnie z „Insomnią”, lecz odnoszę wrażenie, że oba te bonusy zostały tak jakby zrobione na siłę. Szczerze powiedziawszy nie rozumiem takiego podejścia (nagrywania starszych numerów od nowa specjalnie pod wznowienie albumu). Bardziej bym się ucieszył z oryginałów niż z przeciętnie opracowanych udziwnionych wersji.

Reasumując, „The Jewel” to bardzo udany i bardzo równy w warstwie muzycznej album. Na szczęście nie ma na nim słabszych punktów, które odstawałyby od reszty. To pozycja absolutnie obowiązkowa dla każdego fana Pendragonu, a właściwie to klasyk (neo)progresywnego gatunku, który śmiało można postawić obok płyt Marillionu z tamtego okresu. Od tej płyty zaczęło się kształtować prawdziwe brzmienie Pendragonu, które na następnych albumach nabrało pełnego kolorytu. Ale to już materiał na zupełnie inną historię.

MLWZ album na 15-lecie