Jeff Lynne's ELO - From Out Of Nowhere

Wojciech Bieroński, Jeff Lynne's ELO - From Out Of Nowhere

Teoretycznie tylko 32 minuty nowych dźwięków. I teoretycznie artysta z tych, którzy już swoje dla muzyki zrobili. A jednak “From Out Of Nowhere”, najnowsza płyta Jeffa Lynne’a - a właściwie Jeff Lynne’s ELO, bo tak brzmi nazwa tego projektu - zadebiutowała na brytyjskich listach przebojów na miejscu pierwszym, udowadniając, że twórczość tego wybitnego artysty nadal budzi zainteresowanie. Wprawdzie gdyby nie pewien zbieg okoliczności, zaczęłaby prawdopodobnie od lokaty drugiej (głośny album z coverami w wykonaniu popularnych brytyjskich aktorów został uznany za składankę i nie mógł pojawić się na głównej liście), ale czy to cokolwiek zmienia? Magia trzech liter “E”, “L” i “O” nadal działa. Co widać to na załączonym obrazku.

Sygnowanie płyty skrótem Electric Light Orchestra stanowi oczywiście zabieg marketingowy, bo w praktyce jest to solowy album Jeffa Lynne’a. ELO w czasach swojej świetności było swoistą sprzecznością - z jednej strony zespołem bardzo rozbudowanym jeśli chodzi o personel, z drugiej - grupą pod ogromnym wpływem jednego człowieka. Choć więc nazwa projektu może budzić pewne wątpliwości, z drugiej strony nie ma chyba specjalnej nadinterpretacji w stwierdzeniu, że Jeff Lynne to *jest* ELO. Nawet jeśli niegdysiejszy, pozbawiony swojego lidera i nienajlepiej przyjęty przez krytykę projekt ELO Part II wcale nie był, przynajmniej moim zdaniem, taki zły.

Wracając do meritum, na “From Out Of Nowhere” rola asystujących muzyków jest absolutnie marginalna. Lynne to multiinstrumentalista stojący za całością tego wydawnictwa. Tytuł płyty moglibyśmy przetłumaczyć jako “Znikąd”, lecz jest w tej nazwie pewna przewrotność. Znikąd to był bowiem bardziej solowy album “Long Wave” w 2012 roku, którym legenda brytyjskiej muzyki powróciła po ponad dekadzie od opublikowania ostatniego nowego materiału. Brnąc dalej w tę analogię, wydany w 2015 “Alone in The Universe” był powrotem do nagrywania i koncertowania pod szyldem ELO, a “From Out of Nowhere” stanowi sygnał, że Lynne kolejny raz na muzyczną emeryturę póki co się nie wybiera.

To album dokładnie taki, jakiego można by się spodziewać. Dominuje tutaj symfoniczny pop rock głęboko zakorzeniony w stylistyce Electric Light Orchestra z lat 70-tych i 80-tych, pełen wszędobylskich znaków rozpoznawczych zespołu. No bo są i znajomo brzmiące harmonie wokalne, są i rozmarzone ballady (“Losing You”), są i skręty w stronę klimatów znanych z “Rock’n Roll is King” czy “Roackarii” (“One More Time”). Jak zwykle w wypadku Lynne’a, tętno płyty można uznać za lekko podwyższone.

Nie nazwałbym “From Out of Nowhere” jakąś ambitniejszą artystyczną podróżą pokroju tej, jaką był np. zeszłoroczny album Paula McCartney’a. Płyta spełnia jednak tę podstawową rolę, jaką spełnia chyba każde wydawnictwo sygnowane przez Jeffa Lynne’a. Przede wszystkim ma wpadać w ucho. I wpada.

Największe wrażenie zrobiło na mnie to, jak zaskakująco młodo brzmi wciąż głos brytyjskiej legendy rocka. Gdyby ktoś zrobił ślepy test i dał ludziom do porównania wokale Lynne’a z nowej płyty i te z piosenek ELO sprzed czterdziestu lat, niejedna osoba miałaby problem ze wskazaniem, które są starsze. To jest naprawdę niesamowite, że ten facet ma siedemdziesiąt dwa lata, a gdy się go słucha aż chce się zapytać, czy to nie jakieś przekłamanie o co najmniej połowę.

Momentami płyta sprawia wrażenie nieco odfajkowanej. Brakuje nieco więcej elementu zaskoczenia, operowania kontrastami czy artrockowego podejścia, z czym niezmiennie kojarzy mi się Electric Light Orchestra. Brzmienie jest poprawne, ale nie umywa się do niegdysiejszego geniuszu Jeffa Lynne’a jako producenta, który miał nieprawdopodobną łatwość w kreowaniu przebogatej ściany dźwięku. Trzeba jednak jeszcze raz podkreślić, że “From Out Of Nowhere” to w zamyśle niekoniecznie dzieło do wieczornego, koneserskiego zasłuchania się w fotelu, a bardziej album, który ma umilić krzątanie się po pracy lub podróż. To płyta łatwa w odbiorze, lekka, melodyjna. Może trochę za krótka. Może nieprzesadnie ambitna. Ale przede wszystkim, przyjemna.

MLWZ album na 15-lecie