Esthesis - The Awakening

Tomasz Dudkowski, Esthesis - The Awakening

Rok 2020 powoli dobiega końca i większość z nas będzie chciała wymazać go jak najszybciej ze swej pamięci. Jednak w każdym mroku zawsze możemy dostrzec odrobinę światła. Dla większości słuchaczy są nim pojawiające się, niczym grzyby po deszczu, kolejne piękne płyty, które pozwalają nam oderwać się choć na chwilę od otaczającego nas świata. Tak też jest w przypadku nowego dokonania francuskiej grupy Esthesis zatytułowanego „The Awekening”. Ukazuje się ono półtora roku po, bardzo ciepło przyjętym, także na naszym portalu, minialbumie „Raising Hands” i przynosi 60 minut doskonałych dźwięków.

W stosunku do wspomnianej EP-ki bardzo radykalnej zmianie uległ skład grupy. Grającego na gitarze Davida Delavoipière zastąpił Baptiste Desmares, funkcję basisty od Charlesa Thumloupa przejął Marc Anguill, a na stołku perkusisty Yann Pousse zrobił miejsce dla Floriana Rodriguesa. Lider projektu, autor całej zawartości oraz producent, grający na instrumentach klawiszowych, gitarze lap steel, basie oraz śpiewający Aurélien Goude postanowił opuścić Paryż i przenieść się do Tuluzy. Tam zebrał nowy skład, z którym zaaranżował swoje kompozycje i dokończył prace nad długogrającym debiutem.

Już początek płyty przynosi prawdziwą petardę w postaci ponad 16-minutowego „Downstream”. Ten najdłuższy na albumie utwór od pierwszych nut przenosi nas w świat pełen dźwięków wypełnionych cudownymi partiami gitar (zarówno elektrycznej jak i lap steel) wspomaganych fortepianowym motywem. Kompozycja utrzymana we floydowskim klimacie wybrzmiewa przez większość czasu niespiesznie, pozwalając unieść się w letargu i poddać się płynącym dźwiękom. W okolicach 10. minuty nieco przyspiesza, będąc tłem dla egzystencjalnych rozważań:

„Czy możemy, czy moglibyśmy to ulepszyć?

Czy możemy, czy moglibyśmy sprawić, by było bezpieczniej?

Czy możemy, czy moglibyśmy sprawić, że będzie przyjemniej?

Czy możemy, czy moglibyśmy sprawić, by było bardziej szczęśliwie?”.

Chwilę potem ponownie wycisza się, aby kolejny raz zachwycić fortepianowo – gitarowym duetem, na tle którego lider serwuje nam delikatną wokalizę. Finał jest nieco bardziej dynamiczny z mocniejszą pracą sekcji rytmicznej.

Ścieżka nr 2 to już bardziej zwarty (choć i tak trwa ponad 8 minut) „No Soul To Sell”, najbardziej dynamiczny na płycie, z pulsującym basem i lekko przetworzoną perkusją. Goude zniekształconym głosem śpiewa tekst o zagubieniu się we współczesnym świecie:

„Więc myślisz, że mnie zastrzegłeś

Więc myślisz, że wszyscy się zgadzamy

Dostosować się do twojego umysłu

Zgadzamy się na bycie ślepymi

Pozwól mi zostać w mojej skorupie

Nie mam duszy na sprzedaż”.

Mamy tu bardziej ostrą partię syntezatorów, a w finale na pierwszy plan wysuwa się zadziorna gitara na tle klawiszowych plam.

Jako trzeci do naszych uszu dociera, trwający 10 minut, „High Tide” z kilkoma zmianami tempa. Początkowo spokojny z delikatnymi klawiszami i śpiewem w klimacie solowego Wilsona z okolic płyty „Raven That Refused To Sing”. W połowie jeszcze bardziej się wycisza, by w następnie uraczyć nas wspaniałą gilmourowską solówką i wreszcie przyspieszyć w finale i pozwolić wybrzmieć gitarowym zagrywkom kojarzącymi się (przynajmniej mnie) z grą nieodżałowanego Piotra Grudzińskiego…

Drugą połowę wydawnictwa rozpoczyna „Chameleon”. Oparty na brzmieniu gitary akustycznej, z ciekawymi partiami wokalnymi przywołującymi echa solowych albumów Stevena Wilsona czy też dokonań grupy Warmrain. W podkładzie słyszymy też po raz kolejny gitarę lap steel, ciekawą partię basu i filmowe syntezatorowe solo, a w tle przewijają się Hammondy z bardziej żywiołową ich partią w końcówce. A to wszystko okraszone jest kolejnym tekstem dotyczącym własnej utraconej tożsamości:

„Kim powinienem być teraz?

Kto jest teraz prawdziwym mną?

Jestem kameleonem

Próbuję zrobić doskonałe wrażenie

Mimo zamieszania w głowie

Moje życie to gra fabularna

Udawana jak moi przyjaciele”.

W każdym z utworów sporą ich część zajmują długie fragmenty instrumentalne. Nie inaczej jst w oznaczonym indeksem 5 utworze tytułowym „The Awekening”. Najkrótszy w zestawie, sześcio-i-pół-minutowy rozpoczyna się od odgłosów grzmotów, mrocznego klimatu, z którego (zgodnie z tytułem) powoli wybudzają nas narastające uderzenia w bębny wraz z nasilającymi się dźwiękami wydobywanymi z pozostałych instrumentów, by następnie cieszyć się z wyrwania z letargu na tle łagodnej gitarowej melodii.

I tak dotarliśmy do finału płyty, kompozycji „Still Far To Go”. Jest to kolejny bardzo mocny jej punkt, z dominującym fortepianem, pięknym wokalem i delikatną partią gitary. Melodyjny refren może kojarzyć się z nagraniami Blackfield, Wilsona, Porcupine Tree („Buying New Soul”) czy Warmrain.

„Siedząc przy krętej drodze, którą mam zejść

Wiem, że nadszedł czas bym się rozwinął

Szukam na własną rękę tego, czego potrzebuję

Wiem, że jest jeszcze wiele do zrobienia”

W połowie utworu gitara atakuje nieco mocniej, sekcja nieco się pobudza, by potem znowu przejść do wcześniejszego gitarowo – klawiszowego klimatu z przecudownym solem na syntezatorze, którego nie powstydziliby się Richard Wright, Yogi Lang, Richard Barbieri czy… Ryszard Kramarski. Doprawdy ciężko byłoby znaleźć bardziej idealne zakończenie tego ze wszech miar udanego krążka. Dla tych, którzy zakupili album w przedsprzedaży lider przygotowuje inną wersję tego utworu nagraną z byłym gitarzystą Davidem Delavoipièrem. Będzie ją można pobrać ze strony zespołu na bandcamp w już w styczniu.

W „Still Far To Go” w chórkach udziela się Mathilde Collet, która jest też współodpowiedzialna za szatę graficzną wydawnictwa (drugą osobą jest Cédric Cavenaïle) oraz autorką zdjęć wypełniających booklet (wraz z Goude). Na uwagę zasługuje okładka, która przedstawia dom w mroku, zza którego widać powoli budzący się dzień.

Jak możemy przeczytać na stronie zespołu – „Muzyka Esthesis charakteryzuje się wieloma wpływami (brytyjski rock lat 70., muzyka filmowa, ambient, metal, pop...) i opiera się głównie na emocjach i nastrojach”. Jest to bardzo dobra charakterystyka zawartości krążka, choć mam wrażenie, że największy wpływ na brzmienie miała twórczość wspomnianego wcześniej kilkukrotnie brytyjskiego muzyka, który słynie z tego, że występuje boso. I o ile minialbum „Raising Hands” klimatem nawiązywał do okresu płyt „Deadwing” i „Fear Of Blank Planet”, tak na „The Awekening” zespół porusza się bliżej świata wykreowanego na „Lightbulb Sun”, „Stupid Dream” czy „Recordings”.

Muzyka Esthesis nie jest może zbytnio odkrywcza, czerpiąc pełnymi garściami z dokonań starszych kolegów. Robi to jednak w sposób, który sprawia, że owe zapożyczenia nie rażą, wręcz przeciwnie, pozwalają na nostalgiczny powrót, do relatywnie nieodległych czasów w muzyce szeroko pojmowanej jako rock progresywny. Tym bardziej, że przywoływany w kilku miejscach Wilson w swoich nowych produkcjach kieruje się w coraz bardziej odległe od wcześniejszych klimatów rejony (do czego jak najbardziej ma prawo). Propozycja Francuzów wypełnia zatem pewną lukę, dostarczając niniejszą produkcją bardzo wiele radości.

Bardzo jestem ciekawy jak rozwinie się dalej kariera Auréliena Goude i jego kolegów, a tymczasem stawiam piękny digipack z „The Awekening” na półeczce z ulubionymi płytami kończącego się roku.

MLWZ album na 15-lecie