Watch, The - The Art Of Bleeding

Artur Chachlowski, Watch, The - The Art Of Bleeding

Ktoś mądrze powiedział: „w życiu nie ma przypadków”… No bo jakże inaczej wytłumaczyć tę przedziwną koincydencję związaną z tournée grupy Genesis „The Last Domino Tour”, którego wielokrotnie przekładany początek zbiega się z dniem premiery nowej płyty włoskiego zespołu The Watch, przez wielu uważanego za jednego z najznakomitszych kontynuatorów/sukcesorów/naśladowców* (*niepotrzebne skreślić) tej słynnej brytyjskiej formacji?

W życiu nie ma przypadków. Jeśli ma się w swoim składzie Gabriela (Giorgio Gabriel gra w The Watch na gitarach), a wokal Simone’a Rossettiego brzmi jak naturalne skrzyżowanie Phila Collinsa i Petera Gabriela, to efekt może być tylko jeden: „The Art Of Bleeding” to album niezwykle nośny, udany, mocno naznaczony duchem progresywnej muzyki utrzymanej w stylu Genesis. To nic, że obsługiwane przez Valerio De Vittorio syntezatory nie zawsze brzmią tak, jakby grał na nich Tony Banks, skoro liczne dźwiękowe plamy melotronów przywołują na myśl najwcześniejszy okres działalności Genesis. Nic nie szkodzi, że sekcja rytmiczna Mattia Rossetti (bg) – Marco Fabbri (dr) nie brzmi tak mocno, jak duet Rutherford – Collins, skoro ten niesamowity klimat oraz struktura poszczególnych kompozycji (a jest ich na nowej płycie The Watch siedem plus krótkie wokalno-instrumentalne intro) jako żywo przypominają stare dokonania Genesis.

Zresztą nie jest to żadna nowina. Praktycznie od samego początku, od czasów, kiedy ten włoski zespół działał jeszcze pod szyldem The Night Watch (płyta „Twilight” wydana w 1997 roku) duch muzyki Genesis nieprzypadkowo przewijał się w twórczości Simone’a Rossettiego. Potwierdzeniem tego były liczne, bardzo dobrze oceniane trasy koncertowe, na których The Watch wykonywał na żywo w całości poszczególne albumy Genesis. Ukoronowaniem tego była współpraca ze Steve’em Hackettem i jego gościnny udział na poprzedniej, wydanej w 2017 roku płycie „Seven” (zagrał on na niej w nowej wersji skomponowanej przez siebie kompozycji „The Hermit”). W życiu nie ma przypadków…

I oto w chwili, gdy Genesis rusza w trasę koncertową, gdy wyciągając z portfeli lojalnych fanów kolejne zaskórniaki, wydaje składankę „The Last Domino?”, na której próżno szukać premierowego materiału, w nasze ręce trafia album, na którym genesisowskiej muzyki jest więcej niż na jakiejkolwiek innej płycie wydanej na przestrzeni ostatnich lat… Już widzę miny tych, którzy doczytali do tego miejsca i zaczynają kręcić nosami. Że niby co?... Że to nie to samo? Że to towar zastępczy? Imitacja?... Przestańmy myśleć tymi kategoriami. Cieszmy się z dobrej muzyki. Cieszmy się z tego, co The Watch podarował nam na płycie „The Art Of Bleeding”, gdyż jest na niej mnóstwo przewspaniałej muzyki.

Album opowiada o przemocy. O tym traktują poszczególne kompozycje, które łączą się w trwający trzy kwadranse luźno powiązany tematycznie koncept. Muzyczna całość zamyka się  klamrą. Melodie i motywy, które słyszymy na początku w „Ad Intro” powracają ze zdwojoną siłą w zamykającej płytę pełnej epickiego rozmachu kompozycji „Red Is Deep” (genialne helikoptery i fantastyczne efekty stereo – posłuchajcie tego koniecznie w słuchawkach!) opowiadającej o kanibalach polujących na robotników pracujących przy wyrębie lasów w Nowej Gwinei. Ten efektowny finał płyty bezpośrednio poprzedzony jest odpowiednim przygotowaniem w postaci instrumentalnego tematu „Black Is Deep”, w którym słyszymy prawdziwe klawiszowe szaleństwo w wykonaniu Valerio De Vittorio. Swoimi karkołomnymi solówkami wiąże on ze sobą kilka fragmentów przewijających się w innych częściach płyty. Z kolei tuż przed tym utworem znajdujemy przepięknie wykonany cover kompozycji „Howl The Stars Down” autorstwa Nicka Magnusa (z jego płyty „Children Of Another God” (2010)) do przejmującego tekstu, który napisał Dick Foster. To jeden z najbardziej chwytających za serce momentów na tym albumie. Inny to bez wątpienia pierwsze „właściwe” nagranie na płycie - łagodnie wypływający z „Ad Intro” utwór „Red” (to opowieść o dziewczynie wynajmującej letni dom, w którym przed laty wydarzyła się niewyjaśniona tragedia i w którym nadal czai się zło), który wysoko wieszając poprzeczkę, finezyjnie wprowadza słuchacza w klimat płyty oraz jej tematykę, a także inicjując liczne efekty pozamuzyczne (szepty, krzyki, sapanie i przyspieszony oddech) precyzyjnie pokazuje czego po nowej płycie Włochów należy się spodziewać. Tak, „Red” to bardzo poruszająca kompozycja i niesamowicie mocny początek płyty.

A przecież mamy tu jeszcze tak udane kompozycje, jak chociażby „Abendlicht” (bohater tej dziejącej się w 2065 roku opowieści, Gustav Abendlicht, zdesperowany pogarszającą się jakością życia na Ziemi, przeżywa egzystencjalne rozterki i postanawia popełnić samobójstwo), który jest tak mroczny, jak nazwisko głównego bohatera. Albo takie nagranie, jak „Hatred Of Wisdom” – najbardziej tajemniczy w swoim wydźwięku utwór oparty na wyrazistej linii basu oraz meandrach melodii granej na melotronie, co prowadzi do podniosłego finału z szalejącymi syntezatorami w tle i świetną partią wokalną w wykonaniu Rossettiego.

Na osobne wyróżnienie zasługuje kompozycja „The Fisherman”. To remake utworu ze wspomnianej już wcześniej płyty „Twilight” The Night Watch: śpiew stada mew, akustyczna gitara, ładna melodia, atmosfera budowana przez brzmienie melotronu, potem przyśpieszenie i wreszcie począwszy od refrenu, który pojawia się na początku trzeciej minuty, rozpoczyna się efektowna progrockową jazda z „rzeźbiącą” Hackettowską gitarą. Cudny to utwór. Nie jest to może klasa „Ripples”, ale pochodzi z tej samej Ligi Mistrzów.

Grupie The Watch udała się ta płyta. Być może te cztery lata przerwy, jakie minęły od poprzedniej płyty, wyszły włoskim muzykom na dobre. Przez chwilę zrobiło się o nich cicho, pandemia storpedowała koncertowe plany (choć już za kilka dni The Watch rozpoczyna europejską trasę zatytułowaną „A Prog Journey 1970-1976”, na której, oprócz własnego repertuaru, ma wykonywać utwory z genesisowskich płyt „Trespass”, „Foxtrot” i „A Trick Of The Tail”), ale dzięki temu znaleźli więcej czasu na pracę w studio, by odpowiednio dopracować i dopieścić nowy materiał. No i udało się. Naprawdę!

Czy „The Art Of Bleeding” to najlepsza płyta w dorobku The Watch? Tego do końca nie wiem. Spontanicznie odpowiem jednak: tak! To album, który ucieszy nie tylko słuchaczy stęsknionych za genesisowskimi klimatami. Powinien spodobać się wszystkim, którzy w obiektywny sposób kochają dobrego progresywnego rocka.

MLWZ album na 15-lecie