Echo Us - The Windsong Spires

Artur Chachlowski, Echo Us - The Windsong Spires

Echo Us to muzyczny projekt Ethana Matthewsa, multiinstrumentalisty z Portland, który najwyraźniej zafascynowany jest twórczością Mike'a Oldfielda i Jeana-Michela Jarre'a, a „The Windsong Spires” jest już szóstym jego albumem (dwa z nich, „The Tide Decides” z 2009  i "Tomorrow Will Tell The Story" z 2010 roku, doczekały się swego czasu naszej małoleksykonowych recenzji).

O albumie „The Windsong Spires” można powiedzieć, że to klimatyczna i delikatna płyta pełna dźwięków usytuowanych dość daleko od tradycyjnie rozumianej muzyki rockowej. Dużo tutaj newage’owych i ambientowych klimatów, muzyka snuje się niespiesznie i choć całe wydawnictwo podzielone jest na 11 utworów, to album ten stanowi jeden monolit, godzinny kolos z przewijającymi się motywami z różnych utworów, które raz po raz rozbrzmiewają, powracają i odbijają się echem na całej płycie. Zazwyczaj polecam kilka utworów wyróżniających się na recenzowanych przeze mnie albumach, ale w tym przypadku najuczciwszą radą będzie przesłuchanie płyty „The Windsong Spires” w całości.

Na albumie króluje totalna melancholia. Niektóre tematy mają latyno-etniczy charakter, dość zbliżony do tego, co Oldfield prezentował na przykład na „Amaroku”. Obdarzona klasycznie wykształconym głosem i udzielająca się na co dzień w chórach Cantores In Ecclesia i Capella Romana pani Charlotte Engler uświetnia płytę swoimi eterycznymi partiami wokalnymi, zaś Andrew Greene (ex-Nicodemus) zasiada za zestawem perkusyjnym. Sam Ethan Matthews gra na pozostałych instrumentach, a także wykonuje główne ścieżki wokalne.

Nowa muzyka Echo Us może wydawać się zbyt marzycielska dla publiczności zorientowanej na rock. Ale, co godne podkreślenia, pomimo swojego swoistego rozmazania stanowi ona niezbędne wyciszenie w dzisiejszych, zagonionych – pomimo zakończonej niedawno letniej kanikuły – czasach. To świeże, lekkie i nieprzytłaczające podejście do tego, co mogliby stworzyć panowie Robert Fripp, Brian Eno, Andreas Vollenweider, Mike Odfield i David Gilmour, gdyby zamknąć ich w jednym pomieszczeniu na kilkudniowe muzyczne jam session.

 

MLWZ album na 15-lecie