Minasian, David - Random Dreams - The Very Best of David Minasian: Volume One

Artur Chachlowski, Minasian, David - Random Dreams - The Very Best of David Minasian: Volume One

O tym jak świetnym kompozytorem i instrumentalistą jest David Minasian i jak wspaniałych muzyków potrafi gromadzić wokół siebie pisaliśmy w recenzjach płyt „Random Acts Of Beauty” (2010) i „The Sound Of Dreams” (2020). Szczególnie ta pierwsza okazała się nie lada sensacją – zawierała gościnny występ legendarnego gitarzysty Andrew Latimera z zespołu Camel, który powracał wtedy do czynnego życia po przezwyciężeniu ciężkiej choroby.

Warto jednak wiedzieć, że David jest przede wszystkim producentem filmowym, reżyserem i scenarzystą z ponad 150 filmami na koncie. Pracował u boku największych gwiazd Hollywood, w tym ze zdobywcami Oscara, Melem Gibsonem i Martinem Landau, a także - jako producent – współpracował z wieloma gwiazdami rocka, jak na przykład Elton John, The Moody Blues, Alan Parsons i Kris Kristofferson.

Dość niespodziewanie, choć akcja promocyjna w postaci publikacji kolejnych singli poprzedzających to wydawnictwo trwała ponad pół roku, David otrzymał od wytwórni Golden Robot Records wspaniały prezent w postaci wydanego właśnie albumu kompilacyjnego pt. „Random Dreams – The Very Best of David Minasian: Volume One”. Fakt ten może dziwić o tyle, że artysta ten szczyci się stosunkowo niewielkim dorobkiem płytowym. Oprócz dwóch wymienionych wyżej albumów, David wydał jeszcze dwa inne krążki, lecz było to ponad ćwierć wieku temu. Omawiana przeze mnie kompilacja w zacny sposób podsumowuje jego dotychczasowy muzyczny dorobek, choć, pewnie nie tylko ku mojemu zaskoczeniu, zawiera ona wyłącznie utwory pochodzące z dwóch najnowszych płyt.Wszystkie, a jest ich siedem, zaprezentowane są w nowych, tegorocznych remiksach.

Nie zmieniają one zasadniczo charakteru poszczególnych kompozycji i wciąż zachowują ich marzycielski, wysmakowany charakter oraz wielce romantyczny nastrój. Klimat ich wszystkich podkreślony jest epickimi plamami instrumentów klawiszowych w wykonaniu naszego bohatera, a na ich tle lśnią niczym słońce na lazurowym niebie przepiękne gitarowe partie i solówki w wykonaniu takich mistrzów, jak Andy Latimer, Steve Hackett i Justin Minasian.

Na osobną uwagę zasługują partie wokalne. Być może David Minasian nie jest najwybitniejszym wokalistą, ale swoim ciepłym głosem o miłej dla ucha barwie i przyjemnej artykulacji kreuje przewspaniałą atmosferę. A gdy jeszcze dokładają się do tego głosy Annie Haslam, Justina Haywarda czy Julie Ragins to robi się wyjątkowo uroczyście, pięknie i wspaniale…

Nie ma co ukrywać, że chyba największym skarbem tego wydawnictwa jest „Masquerade” – kompozycja nagrana przy współudziale Andy Latimera i wyposażona w przepiękną partię gitary lidera Camel. Innym fascynującym utworem jest „Summer’s End”, którego wartość podkreślają emocjonalne partie gitary zagrane przez syna Davida, Justina, który wykonał tutaj jedną z najmocniejszych solówek na tym albumie. Utwór „The Sound of  Dreams” łączy w sobie talenty jednych z najbardziej znanych ikon rocka progresywnego, które po raz pierwszy wystąpiły ze sobą: wokalistka Annie Haslam z Renaissance, gitarzysta Steve Hackett z Genesis i basista Yes, Billy Sherwood. Z kolei „The Wind Of Heaven” to zaśpiewana przez Justin Haywarda pieśń najpiękniejszej urody. Myślę, że mogłaby być ozdobą każdej płyty The Moody Blues. Nie sposób nie zachwycić się też kompozycją „Room With Dark Corners” z zachwycającą partią wokalną Julie Ragins. To samo można powiedzieć o trwającym blisko kwadrans epickim „Twin Flames At Twilight”, który umieszczono na samym końcu tej kompilacji. Albo też o utrzymanym w chwytającym za serce klimacie, autentycznie wzruszającym instrumentalu „Storming The Castle”. Nie ma na tej płycie zbędnego dźwięku, nie ma nietrafionego pomysłu, nie ma zbędnej nuty, ani też niepotrzebnej frazy… Wszystko gra i współgra ze sobą w mistrzowski sposób.

Zwracam uwagę na adnotację w tytule płyty – „Volume One”. Osobiście rozumiem ją w ten sposób, że będzie ciąg dalszy: co najmniej dwie nowe studyjne płyty, a dopiero po nich „Volume Two”…

Czy tak będzie, czas pokaże. Tak czy inaczej, naprawdę warto sięgnąć po tę kompilację. To bardzo solidna porcja melodyjnego symfonicznego rocka. Niby nic nowego (poza nieznacznie różniącymi się od oryginałów miksami), ale jakże wspaniale to brzmi. Jakże wspaniale się tego słucha. Bajecznie piękna płyta.

MLWZ album na 15-lecie