Mother Of Millions - Orbit EP

Olga Walkiewicz, Mother Of Millions - Orbit EP

„Orbit” to nie jest zwyczajny minialbum. To epitafium pamięci przyjaciela, wspaniałego człowieka, artysty, z którym muzycy Mother Of Millions dzielili wizje i marzenia. Minęły już prawie trzy lata... Makis Tsamkosoglou odszedł w piątkowy wieczór 23 czerwca 2019 roku. Miał młodzieńcze pragnienia, ogromny talent i tysiące planów na przyszłość. Potrafił roztaczać wokół siebie niepowtarzalny urok. Jego uśmiech i miękkie, ciepłe spojrzenie działały kojąco na bliskich mu ludzi. Pozostanie na zawsze w sercach tych, którzy go kochali – rodziny, przyjaciół i fanów. Nieśmiertelność to ludzka pamięć, to muzyka jaką tworzył, mozaika wspomnień zaklęta w kolorowych fotografiach, ślady palców na klawiszach i światło księżyca osrebrzające próg jego domu.

To dla niego jest ten siedemnastominutowy, prześliczny album. Za krótki, kończący się zbyt szybko - tak jak życie… Teraz Mother Of Millions to: George Prokopiou, Kostas Konstantinidis, Panos Priftis i George Boukaouris. Czterech wspaniałych muzyków, którzy potrafią przenieść słuchacza na grań wszechświata, otworzyć wrota do siódmego nieba. Było tak zawsze. Potęga tworzonych przez nich dźwięków łączyła się z siłą wyobraźni. Pasja otulona mocą, kawałki greckiego nieba zanurzone w wazie namiętności i marzeń. To muzyka, jaką oplata nas Mother Of Millions, sieć pajęcza, misterna i niebezpieczna. Nie można się z niej wyplątać i przestać słuchać…

Zaczęli swoją przygodę w 2008 roku. Pierwszy album pojawił się w 2014 („Human”). Rok 2017 to płyta „Sigma”, zaś „Artifacts” ukazał się w 2019 roku. Zawsze działali w tym samym pięcioosobowym składzie. Dopiero na „Orbit” zabrakło Makisa. Choć tak naprawdę, ta EP-ka została wydana właśnie dla niego. Znajdujemy na niej dwa niepublikowane utwory, cover i kompozycję „Rome” w wersji z fortepianem. Inaczej się słucha tej płyty, wiedząc dla kogo powstała. Ma inny wymiar, metafizyczność, piękno zanurzone w oceanie smutku…

Rozpoczyna się od „Where We Go From Here”. To krótka kompozycja – pytanie o to, co jest za granicą naszego świata, dokąd zmierzamy, czy istniejemy po drugiej stronie lustra? To chwila refleksji nad brzegiem Rubikonu… Zmysłowe brzmienie fortepianu, cudowny akompaniament rozpływający się w nieskończoności kosmosu i łączący się z wokalem tętnicą przestrzeni: „I float among worlds, fluorescent... Where do I go from here?”. Pytania głębokie z rysą melancholii, świat widziany w zwierciadle zdeformowanym nostalgią i kropla nadziei prześwitująca, niczym światło księżyca, pomiędzy chmurami.

Tytułowa kompozycja „Orbit” miażdży swoim psychodelicznym klimatem, niepokojącym gitarowym riffem i magią, jaka tryska z każdej nuty. Jest to podróż z zamkniętymi oczami, przez stalową otchłań niezmierzonych przestrzeni, przez apokaliptyczne wizje życia po życiu. Cudowny, silny wokal George Prokopiou nadaje blasku tej kompozycji, może się on trochę kojarzyć z barwą głosu, jaką posiada Einar Solberg. „I’m made of fire and clay and frail I stand in the blaze of the sand and sky. I’m falling down reaching the sun...”. Gitara buduje tu nastrój wraz z wokalem. Bębny z basem są jak bicie zegara odmierzającego czas ludzkiego życia, by przejść w rytm serca – nagle przerwany krótkim cięciem. Szorstki, gitarowy riff przeistacza się w drżenie strun. Po chwili powraca temat z pierwszego utworu… „We float among worlds, fluorescent….” . Pamięć o Makisie jest tu wszędzie, pomiędzy słowami, w każdej frazie.

„No Light, No Light” to cover utworu Florence and The Machine i muszę przyznać, że brzmi tutaj niesamowicie. Szalona wersja, pełna tajemnej siły, nieokiełznanej mocy, jaką nabiera ziemia po burzy.

Na zakończenie mamy jeszcze „Rome” – utwór pochodzący z albumu „Sigma”, lecz tutaj wykonany w wersji z samym fortepianem. Ten utwór pokonał mnie ostatecznie. Nie da się go słuchać, nie mając łez w kącikach oczu… Jest przepiękny niczym zorza polarna. Smutny i jaśniejący blaskiem. Wbija się w serce jak lodowy sztylet. I jak tu pisać recenzję takiej płyty?...

Minialbum… Maleństwo, a jest diamentem w czystej postaci. Nie ma chyba piękniejszego prezentu, jakim można uczcić pamięć przyjaciela. Nie ma...

MLWZ album na 15-lecie