Origin Of Escape - Shapes

Tomasz Dudkowski, Origin Of Escape - Shapes

Wydany 4 marca br. album „Shapes” to debiutanckie wydawnictwo pochodzącej z południa Polski grupy Origin Of Escape. Debiutanckiej, choć muzycy mają już na swoim koncie niejeden album. Takie nazwy jak Whispers, Three Wishes, Figursmile, Xanadu czy Tim Orders powinny być znane przynajmniej części czytelników. Wszystkie je łączy postać wokalisty, gitarzysty (choć akurat w przypadku opisywanego krążka za instrument, z premedytacją, nie chwyta) i autora tekstów - Krzysztofa Borka. Tego, obdarzonego niezwykle ciekawym i charakterystycznym głosem, wokalistę ostatnio mogliśmy także podziwiać podczas obcowania z solowymi dziełami Macieja Mellera („Zenith”, „Zenith Acoustic”). Formację Origin Of Escape współtworzą z nim gitarzysta Przemek Gierat (Roog, Coria), basista Tomasz Kot (Papertree, Deadline, Tim Orders) oraz perkusista Maciej Terlecki (Papertree, Tim Orders). Na pewno najbardziej znaną postacią jest tu Borek, ale zaznaczę, że nie można grupy traktować jako kolejnego projektu wokalisty. Jest to zdecydowanie zespół przez duże Z. Materiał zawarty na krążku stanowi wypadkową gustów i doświadczeń poszczególnych muzyków: Nic nie dzieje się przypadkowo. Nasze drogi skrzyżowała pasja oraz dziwne przeświadczenie graniczące z pewnością, że uda nam się razem zaprojektować emocje warte zapamiętania. Od początku byliśmy przekonani, że kiedy sprowadzimy do wspólnego mianownika nasze rozbieżne charaktery i gusta, to ich suma będzie czymś więcej niż wynikiem prostego dodawania.

W składzie kwartetu znalazło się aż trzech muzyków występujących na pierwszej płycie Tim Orders („Songs For Nobody”), jednak zawartość krążka „Shapes” niewiele ma wspólnego z wysublimowanym, na wpół akustycznym graniem tej formacji. Już rzut oka na okładkę, autorstwa Kuby Sokólskiego, kieruje nasze skojarzenia w stronę bardziej mrocznej, cięższej muzyki. I słusznie. Na zawartość płyty składa się dziewięć utworów trwających w sumie 48 minut. Może to sugerować bardzo zwarte kompozycje. I w istocie tak jest, choć myli się ten, kto myśli, że w trakcie ich trwania wieje monotonnością. Nawet w takich, stosunkowo krótkich, formach aż skrzy się od zmian tempa i nastroju, choć dominującymi są tu klimaty progresywno-metalowe czy post-metalowe.

Robiąc notatki do recenzji stawiałem znaczki przy utworach, które mi się spodobały. Po zakończeniu przesłuchiwania stwierdziłem, że mam ich… dziewięć. Bo to bardzo wyrównana płyta, bez słabych momentów. Pozwolę sobie zatem na krótkie podsumowanie każdej ze ścieżek. Rozpoczynający całość utwór „Milk Teeth”, który został skomponowany na pierwszej próbie grupy, udanie wprowadza słuchaczy w nastrój albumu. Łączy on w sobie spokojniejsze fragmenty przeplatane ognistymi, zapadającymi w pamięć refrenami. Nie zabrakło tu także miejsca dla ciekawej solówki Gierata. Powinien spodobać się fanom Anathemy, Katatonii, czy… Riverside. W umieszczonym na drugiej ścieżce nagraniu „Again” słyszymy dźwięki post-rockowe skrzyżowane z toolowymi klimatami podpartymi niby-etnicznymi bębnami. Borek prezentuje tu pełen wachlarz emocji, od szeptu do krzyku. Podobny nastrój mamy także w „Chase”, który dodatkowo zwraca na siebie uwagę elektronicznymi ozdobnikami podanymi we frapujący sposób. Znana z anteny radia Rock Serwis FM kompozycja „Shame” rozpoczyna się spokojnie, ciesząc ucho przyjemną melodią zagraną na gitarze, zaś w końcówce możemy usłyszeć ciekawe, krótkie solo. Refren, podobnie jak w pozostałych nagraniach, jest mocny, dodatkowo urozmaicony wielogłosami. To najbardziej toolowe (co nie jest niczym nowym, jeśli chodzi o płyty nagrane z udziałem Borka, szczególnie pod szyldem Three Wishes) nagranie w zestawie, „Galaxies” ma z kolei w sobie także coś z twórczości Rammstein. „Fake” zwraca na siebie uwagę śpiewem a cappella na początku, zaś „Monster” elektronicznym wstępem i wyrazistym basem, a także powracającą frazą „Universe is mine, all the devils inside” na tle szarpanego rytmu. Pozostaje jeszcze mocny kawałek „Crossroads” oraz finał w postaci utworu tytułowego, który zaczyna się spokojnie (ten fragment mógłby znaleźć się na „Zenith”), by potem stopniowo zwiększać intensywność przechodząc w dynamiczne zakończenie.

Tytuł płyty oraz jej szata graficzna podsumowuje pomysł na warstwę liryczną. Choć nie jest to album koncepcyjny, to jednak w tekstach przewija się temat różnych doświadczeń, zarówno tych pozytywnych, jak i tych, do których wolelibyśmy się nie przyznawać. Wszystkie one tworzą swoiste kształty, które łącząc się ze sobą tworzą nasz charakter.

Jest to mistrzowska płyta pełna klimatycznego metalu, gdzie ciężkie riffy i połamane rytmy łagodzone są użyciem nienatrętnej elektroniki oraz głosem Borka - bardzo charakterystycznym, niepodrabialnym (pod tym kątem kojarzy mi się z Mickiem Mossem), stosunkowo wysokim, pełnym emocji oraz jego zmysłem do układania melodyjnych linii wokalnych niezależnie od charakteru muzyki. Każdemu wydawnictwu, które wypełnia swoim śpiewem, można spokojnie nadać znak jakości. Wypada mieć tylko nadzieję, że w przeciwieństwie do wcześniejszych formacji z udziałem wokalisty (za wyjątkiem Tim Orders, która przygotowuje swój drugi album), Origin Of Escape na dłużej zagości na muzycznej mapie Polski i nie tylko, bo poziom nagrań jest iście światowy, za co brawa należą się zespołowi oraz Tomaszowi Zalewskiemu, który jest odpowiedzialny za realizację i miks materiału.

Dla fanów ostrzejszej odmiany prog rocka to zdecydowanie pozycja „must have”, ale i ci, którzy niekoniecznie gustują w takich klimatach znajdą tu wiele ciekawych momentów. Zdecydowanie warto poświęcić te niespełna 50 minut by zapoznać się z debiutem Origin Of Escape. A potem do niego wracać, bo obcowanie z materiałem zamieszczonym na „Shapes” wciąga.

Wydawcą albumu jest inowrocławska wytwórnia F.A.R.N.A. Records, która debiutowała przy okazji płyty „Zenith Acoustic” Macieja Mellera.

MLWZ album na 15-lecie