Haken - The Mountain

Olga Walkiewicz, Haken - The Mountain

Trzeci album zespołu Haken „The Mountain” ukazał się w 2013 roku. Pomimo, że od daty premiery minęło już dziewięć długich lat, nadal jest to moja ulubiona płyta Brytyjczyków, a przy tym niezmiernie ważna w ich dorobku. Artyzm jest na niej w doskonałej równowadze z progmetalową stylistyką. Wszystko jest kompletne, dopowiedziane, skończone i jednocześnie pełne tajemniczej esencji związującej słuchacza pętlą magii. Czara serca wypełnia się echem dźwięków, które koją i stymulują, rozkwitają tysiącem barw i tną bezwzględnie ostrymi pazurami riffów. To już nie zabawa. To kunsztowna obróbka marmuru, aby powstała najpiękniejsza rzeźba. Jest i delikatny ukłon w stronę legend, zafascynowanie muzyką King Crimson czy Yes. Nie zmienia to faktu, że na płycie tej czuje się prawdziwy Haken, taki który szepce, przemawia, woła, budzi zmysły i miażdży pięścią nasz spokój.

Nie można znudzić się tym albumem, bo ciągle czymś zaskakuje. Warto jednak powrócić do korzeni. Ross Jennings, Richard Henshall i Matthew Marshall byli przyjaciółmi z dzieciństwa, których nastoletnie pasje przerodziły się w pomysł założenia grupy. Początkowo były to spotkania owocujące jammowaniem i pierwszymi próbami sił w sferze kompozycji. Ross nie do końca spełniał się jako muzyk - instrumentalista. Jego znakomity głos dał mu jednak pole do popisu na scenie wokalnej i tak już zostało. Skład uzupełniał poznany przez portal internetowy klawiszowiec Pete Jones, jego przyjaciel Raymond Hearne (perkusja) i wywodzący się z grupy To-Mera, Tom MacLean (bas). Decyzja o wykrystalizowaniu się z towarzyskich spotkań oficjalnego składu grupy zapadła w 2007 roku. Powstał Haken. Nazwa zespołu, jak kiedyś wspomniał Henshall, została wymyślona w czasie jednej z sowicie „zakrapianych” i pełnych improwizacji imprez, a oznaczała fikcyjną postać. Po nagraniu pierwszego demo (2007) oraz „Enter the 5th Demension” (2008) zespół opuścili Marshall i Jones. Na ich miejsce przyjęto gitarzystę Charlie Griffitha i klawiszowca Diego Tejeidę. W tym składzie nagrano pierwsze dwa albumy: „Aquarius” (2010) i „Visions” (2011) oraz ‘bohatera’ tej recenzji – album „The Mountain”, którego premiera miała miejsce w 2013 roku. Warto jednak wiedzieć, że obecnie dyskografia zespołu obejmuje jeszcze trzy pozycje studyjne: „Affinity” (2016), „Vector” (2018) i „Virus” (2020). W późniejszym czasie line-up uległ niewielkim zmianom. Stanowisko basisty zajął Conner Green (od 2014r. do chwili obecnej). W 2022 do zespołu powrócił Pete Jones. Nie będę się bardziej wgłębiać w biografię grupy, bo nie to jest sednem niniejszej recenzji. Trzeba jednak podkreślić, że w roku 2013, gdy powstała płyta ”The Mountain”, zespół tworzyli artyści o konkretnych wizjach muzycznych, wysokich umiejętnościach i niesamowitej pasji: Ross Jennings (wokal), Charlie Griffith (gitara), Diego Tejeida (klawisze), Richard Henshall (gitara, klawisze), Raymond Hearne (perkusja) i Tom MacLean (bas). Wiedzieli czego oczekują od życia, a chcieli je brać pełnymi garściami, zmieniać swoje uczucia i emocje w dźwięki błyszczące na pięcioliniach marzeń, malować barwne akwarele muzycznych opowieści. Być sobą i kawałkiem świata, w którym trzeba zaistnieć talentem, myślą, dźwiękiem i słowem.

„The Mountain” to dziewięć kompozycji (jedenaście w wersji bonusowej) o świetnie skrojonych formach, misternie dopracowanych detalach i głębokiej myśli przewodniej. To muzyka, która przekracza pewne granice i jednocześnie oddaje hołd klasykom gatunku. Album otwiera utwór „The Path”, który jest niczym intro utkane z prześlicznych klawiszowych pasaży rzuconych miękko w ocean elektronicznych pogłosów, harmonii i śpiewu fal. Wokal Rossa Jenningsa wtapia się lekko w ten nadmorski krajobraz wypełniony światłem, będącym ścieżką do gwiazd: „This life is a dream. A gift we receive to live and to love...”. To dwie i pół minuty rozkoszy obcowania z muzycznym Edenem. Następująca po nim kompozycja „Atlas Stone” jest esencją piękna oraz rogiem obfitości. I jest tu wszystko: od finezyjnych klawiszy, poprzez soczystości gitar, wyrazistą sekcję rytmiczną, jazzujące Hammondy aż do klimatycznych chórków. Wokal Rossa, chwilami chłopięcy i niewinny, potrafi płonąć żywą zmysłowością. Znakomita to kompozycja - barwna i pełna życia, progresywnych smaczków, zaskakujących rozwiązań brzmieniowych. Zmienia się niczym czarodziejka o tysiącu twarzach, z których każda jest niepowtarzalna i budzi namiętność. Słowa są jak życie – pełne przeciwności, walki i nadziei: ”Rise to the challenge I set myself. Salvation waits without reprieve. I’m on a razor’s edge and it cuts my feet. As good as life will ever get…”. „Cockroach King” to znakomite chórki, momentami wybrzmiewające a’capella, co jest bardzo ciekawym eksperymentem dowodzącym wokalnego potencjału wszystkich członków zespołu. Nie jest to zresztą jedyna kompozycja opalizująca doskonałą symbiozą głosów o perfekcyjnie zazębiających się różnorodnych odcieniach budujących linię wokalną. Takim utworem jest też „Because It’s There”. Coś cudownego z delikatnym wsparciem gitary i koronkową perkusją od połowy utworu... Warto powrócić jednak do poprzedzającego go nagrania „In Memoriam”. Klawiszowy akompaniament jest tu podkreślony agresywnym riffrem i odważnym wokalem. To walka z przeciwnościami losu i akceptacja tego co nieuchronne: „Life leaving heartbroken. A sense of acceptance. One final repentance. Read these words upon my stone - In piam memoriam...”. “Falling Back To Earth” to kompozycja zbudowana z dwóch części: „Rise” ukazuje zuchwały upór i pychę odziane w ekspresyjne barwy. Gwałtowne gitary, płonące werble, soczyste chórki i emocje żarzące się ogniem. To lot Ikara nieskromny i wyniosły, próżność, która kończy się tragicznie: ”Too close to the flame. Ambition has burned me. With my wings ablaze I’m falling back to earth...”. Druga część, „Fall”, jest niczym skrucha, jak rachunek sumienia. Ma ona w sobie więcej spokoju i nostalgii: ”Crestfallen my head is bowed. Splashing down into the ocean. Something seems different now. The world I once knew has eroded...” Jeszcze więcej melancholijnego nastroju i refleksji odnajdujemy w spokojnym, wręcz balladowym „As Death Embraces”. Strzępki myśli, odbicie w zwierciadle przeszłości chwil goryczy... „Pareidolia” ma wokół siebie prześliczną orientalną poświatę. Sprawia to motyw przewijający się pomiędzy strunami gitary, dźwiękami klawiszy i wokalem. Jego oniryczny posmak, dotknięcie niewidzialną dłonią najczulszych zakamarków duszy jest jak kropla nadziei spływająca niczym przezroczysta łza: „ The desert takes away our fears and dreams, but they always will return. Be the moon and sun. Be the wind and cross the storm. See the stars begin to swarm...”. Zakończenie albumu to „Somebody” - dziewięć minut muzycznego eliksiru, subtelności słowa i dźwięku. Każda fraza jest opowieścią, polifoniczne chórki, linia basu, perkusja nadająca rytm, smak ciszy wkradającej się pomiędzy nuty. To próba powstania niczym feniks z popiołów. To jeszcze jedna walka: ”Still I’m clinging to dreams that won’t die. Still I’m dreaming of one more chance. But you still tell me, my time has passed. Give me back my right to prove that I can fight...”.

W 2013 roku wydano ten album także w wersji poszerzonej, z dwoma dodatkowymi utworami: „The Path Unbeaten” i „Nobody”. Pierwszy z nich to instrumentalna wersja „The Path” rozpisana na fortepian, wiolonczelę i instrumenty dęte. Zamiast głosu Rossa Jenningsa pojawia się tutaj dźwięk waltornii. Druga kompozycja to z kolei inne „wcielenie” utworu „Somebody” – tym razem krótsze, bardziej akustyczne i wyciszone.

Taka jest ta płyta. „The Mountain” - góra pełna tajemnic, zaskakująca i nieokiełznana. To szczyt, któremu warto się poddać. I żeby go zdobyć, nie trzeba uporu ani siły Syzyfa. Wystarczy muzyka. Taka muzyka! Nic więcej...

MLWZ album na 15-lecie