Camel

For Absent Friends - Disappear

Artur Chachlowski, For Absent Friends - Disappear

Byli tacy, którzy określali grupę For Absent Friends mianem najlepszego holenderskiego zespołu progresywnego lat 90. Inni twierdzili, że to gruba przesada. Dokonania tej formacji polaryzowały stanowiska fanów tworząc wyraźną linię podziału. Przyznam, że i mnie swego czasu udzieliła się fascynacja muzyką tej grupy, szczególnie po wydaniu debiutanckiego minialbumu „Illusions” (1990) i pierwszej pełnowymiarowej płyty „Both Worlds” (1991). Potem niestety nastąpił wyraźny zjazd w dół. Począwszy od nienajgorszej jeszcze płyty „Running In Circles” (1993) z albumu na album było już coraz gorzej. Po wydaniu piątego studyjnego krążka „Tintinnabulation” (1996) grupę opuścił charyzmatyczny wokalista A.T. (Alex Toonen) i został zastąpiony przez Hansa van Linta. Grupa For Absent Friends wykreowała wówczas nowe wyraziste i kompaktowe brzmienie, które zdecydowanie przeniosło ją z progrockowego na poprockowe poletko. Był to moim zdaniem krok w niewłaściwą stronę, chociaż trzeba też przyznać, że zespół zyskał wtedy na popularności, został też zauważony poza granicami swojego kraju, szczególnie we Francji, gdzie For Absent Friends zostali zaproszeni do wspólnego koncertowania z tamtejszą legendą prog rocka, grupą Ange.

W październiku 2006 roku pojawił się ósmy album studyjny zespołu, „Square One”, którym For Absent Friends podjęli próbę powrotu do swoich stylistycznych korzeni. Niemniej, jak swego czasu oceniłem to wydawnictwo w swojej recenzji, był to album raczej „przeciętny”, niźli „rewelacyjny” i, piszę to z ręką na sercu, po jego wydaniu przestałem już wyczekiwać na kolejne płyty zespołu. Myślałem nawet, że nazwa For Absent Friends nieodwołalnie przeszła już do historii, tymczasem, po wielu latach funkcjonowania bez wydawania nowej muzyki, 29 września ukazało się nowe wydawnictwo zespołu zatytułowane „Disappear”.

Co nowego na tej płycie? Przede wszystkim zmiany personalne. Jedna szczególnie przykra, bo wymuszona śmiercią współzałożyciela zespołu oraz jego wieloletniego basisty, Bacchusa. Zastąpił go Jan Nieuwenhuis. Druga zmiana to pianista Clemens Steenweg, który zajął miejsce grającego na poprzedniej studyjnej płycie, Rona Mozera. W składzie zespołu nadal są dwaj muzycy pamiętający początki grupy: gitarzysta Edwin Roes oraz perkusista Edwin Wernke. Co jeszcze? Najważniejsze: muzyka… No i tu zaczynają się schody. Wydaje mi się ona jeszcze bardziej miałka i bez wyrazu niźli na tych późniejszych, wyraźnie naznaczonych poprockowym brzmieniem, albumach. Nie ukrywam, że jestem mocno rozczarowany nowym wydawnictwem. Pomimo świeżej krwi, pomimo deklarowanego dalszego ciągu „powrotu do korzeni”, nowy album razi wtórnością i ścielącymi się gęsto miałkimi pomysłami. Szczególnie brakuje mi na „Disappear” świeżości, lekkości i melodyjnego wdzięku, z czego ten holenderski zespół zawsze słynął. Dobre melodie zawsze były wyróżnikiem muzyki For Absent Friends. Tym razem jest ich jak na lekarstwo. Małe plusiki postawione przy zaledwie dwóch utworach wokalnych („Magic”, „58 People”) i jednym instrumentalu (niezłe nagranie „Keytar”) to stanowczo za mało, biorąc pod uwagę, iż nowy album trwa 46 minut i zawiera 9 premierowych utworów. Bardzo brakuje mi symfonicznej treści i piosenek, które wybijają się ponad przeciętność. Idzie za tym totalny brak pozytywnych emocji podczas słuchania tej płyty. Szkoda. Ale takie są fakty.

Niestety nie udał się tym holenderskim muzykom powrót po 16 latach milczenia. Nuda, miałkość i kiepskie utwory – chyba tylko to zostało mi w głowie po kilkukrotnym wysłuchaniu płyty „Disappear”. Piszę to z przykrością, ale niniejszego krążka nie mogę zaliczyć nawet do płyt przeciętnych. Jest znacznie gorzej, niestety…

MLWZ album na 15-lecie