Collage - Over And Out

Tomasz Dudkowski, Collage - Over And Out

2 grudnia 2022 roku to szczególna data dla wszystkich fanów polskiego rocka progresywnego i nie tylko. Śmiem wręcz stwierdzić, że w tym dniu ukazuje się jeden z najbardziej wyczekiwanych albumów w historii polskiej muzyki w ogóle. Płyta, w której wydanie wątpiła coraz większa rzesza słuchaczy. Ale oto jest! Świeże, pachnące, z reprodukcją obrazu „AG76” mistrza Zdzisława Beksińskiego na okładce, nowe dzieło grupy Collage, zatytułowane „Over And Out”.

Aby doszło do jego powstania zespół musiał zmierzyć się z wieloma przeciwnościami, ale o nich będzie można zapewne przeczytać niebawem w wywiadach. Na pewno na tempo prac miały wpływ zmiany personalne. Jako pierwszy, reaktywowany po kilkunastu latach niebytu zespół opuścił w 2015 roku jeden z jego założycieli, gitarzysta Mirek Gil. Jego następcą został ceniony dziennikarz muzyczny, a także muzyk, Michał Kirmuć, znany choćby z grup Talath Dirnen, czy ostatnio Red Box. Druga roszada nastąpiła na stanowisku wokalisty. Od początku w powrocie grupy na scenę nie wziął udziału Robert Amirian, oddając mikrofon w godne ręce Karola Wróblewskiego. Z nim w składzie powstały pierwsze nowe utwory, ale i on postanowił, że jednak nie będzie frontmanem reaktywowanego zespołu i koncertem w Legionowie 24 marca 2017 roku pożegnał się z publicznością i kolegami. Już w następnym miesiącu ogłoszono, że na jego miejsce przyjęto Bartosza Kossowicza, którego większość kojarzyła jako wokalistę, będącej od dłuższego czasu w zawieszeniu, grupy Quidam. Kwintet Michał Kirmuć, Bartosz Kossowicz oraz „stara gwardia” – basista Piotr „Mintay” Witkowski, klawiszowiec Krzysztof Palczewski oraz lider, główny kompozytor, tekściarz, perkusista Wojtek Szadkowski, kontynuował prace nad premierowym materiałem i powoli prezentował fragmenty przyszłej płyty na koncertach, w tym u boku Riverside czy Stevena Rothery’ego. Szczególnie występy z gitarzystą Marillion odcisnęły piętno na finalnej zawartości krążka, ale o tym w dalszej części tekstu.

Tyle historii, czas na teraźniejszość. Czy można powrócić po długiej nieobecności tak, by już po pierwszym utworze słuchacze zbierali szczęki z podłogi? Okazuje się, że jak najbardziej! Po włożeniu płyty do odtwarzacza słyszymy odgłosy kardiomonitora, pacjentowi serce bije coraz wolniej, by w końcu przestać. Zapada w śmierć kliniczną. A potem zaczyna się muzyka… Elektroniczny podkład rozpoczyna, najdłuższą w historii grupy kompozycję „Over And Out”. To 22–minutowy kolos podzielony na pięć części. Po wstępie ze swoją partią wchodzi Kossowicz, który śpiewa niskim głosem pierwsze wersy, wprowadzając słuchacza w świat rozważań nad życiem:

“Here we are

Everything is over

What it's like

When everything is over?

How you feel?

When everything is over

What can you say, dear

When everything is over

What?”.

Stopniowo do wokalisty i klawiszowca dochodzą pozostali muzycy, słyszymy wszystkie znaki firmowe zespołu: charakterystyczne, symfoniczne brzmienie klawiszy, melodyjną gitarę, precyzyjny bas i jedyny w swoim rodzaju sposób gry na perkusji, z mnóstwem przejść. Potem śpiew jest bardziej zdecydowany, prowadząc nas do końca pierwszej części, zatytułowanej „Here We Are”. Druga, „This Lonely Place”, jeszcze w większym stopniu pozwala zaprezentować możliwości głosowe Kossowicza, począwszy od szeptu do pełnego emocji śpiewu zaczynającego się od słów „I don’t wanna die”, by po chwili zachwycić melodyjnymi wersami. Swoje chwile mają tu też Kirmuć i Palczewski, którzy zapraszają nas do świata przepięknych melodii grając sola indywidualnie czy też w duecie. „Moon Is The Mirror Of The Sun” to tytuł trzeciej części, w którym klawisze i gitara robią klimat w stylu Marillion (tak gdzieś z okresu płyty „Misplaced Childhood”) lub też collage’owych „Baśni”, a fragment z tytułowymi wersami daje możliwość załapania oddechu przy miłej dla ucha melodii. Kolejna odsłona utworu ma tytuł „Somewhere Over The Rainbow” i jest to część całkowicie instrumentalna. Tu na tle świetnej pracy sekcji rytmicznej upust swojej muzycznej fantazji dają ponownie Kirmuć i Palczewski, czarując słuchaczy pięknymi solowymi popisami. Piąty rozdział nosi tytuł „Dreamers” i zgodnie z nim wprowadza rozmarzony nastrój. Pod koniec na scenie pozostaje tylko Palczewski, który grając na pianinie, robi podkład dla stonowanego śpiewu Kossowicza. Wypowiada on ostatnie linijki tekstu:

“My Love, we are dreamers

We surf on the sunbeam towards the night

And slide on the moonbeam till morning

Cos’ moonbeam is a seabridge for lovers

Lovers like you

Like me

Like us

The Seabridge to eternity

We can do everything

We can do everything”.

Finałowy element tytułowej układanki nazywa się „Can You See The Light?” i zaczyna się bardzo spokojnie. Jest tu sporo dźwięków gitary akustycznej i pianina, a śpiew jest łagodny. Jednak po słowach „so let’s have fun tonight” nastrój zmienia się drastycznie. Na tle zapętlonej melodii klawiszowo-gitarowej szaleje Szadkowski, a Kossowicz powtarza wers „I can see the light” z coraz większą siłą, dochodząc w końcu do przejmującego krzyku. Przyznaję, że nie spodziewałem się po Bartku aż takiego ładunku emocji i jestem pod niesamowitym wrażeniem jego wszechstronności. I tak mijają 22 minuty nagrania tytułowego. Trzeba nie lada odwagi i pewności siebie, by wytęsknionemu za nowymi dźwiękami fanowi dać na początek taki ogrom muzyki. Ale jest to strzał w dziesiątkę! Suita ani przez chwilę nie pozwala się nudzić, prezentując wszystko to, za co fani Collage kochali zespół i to w przepotężnej ilości!

Na ścieżce numer dwa umieszczono, znany z singla, numer „What About The Pain (A Family Album)”. To niesamowicie melodyjny utwór, ze świetnym, zapadającym w ucho refrenem:

“What about the pain

I feel inside

Frozen yesterdays

In a snapshot’s eye

What about the rain

I'm standing in

Washing me away

Of all my dreams”.

W wersji radiowej trwa on 3 minuty, w singlowej 4, natomiast na albumie wybrzmiewa przez 8 i pół. Po drugim refrenie (z wykorzystaniem większej ilości ścieżek wokalnych) dostajemy część, której we wspomnianych edycjach promocyjnych zabrakło. Fragment ten wyróżnia się mocną partią klawiszy, wirtuozerskim, syntezatorowym solo, zapadającą w pamięć grą Kirmucia oraz mocniejszym śpiewem Kossowicza, który z czasem nabiera siły, by pod koniec przejść w krzyk w ostatnim wersie tej części:

“I do respect my demons

Poor bastards of my sanity

On safe delusions playground

We freak out to the „Ballroom Blitz”

Forever insignificant

Forever insignificant

I'm on my way

I'm on my way

I'm on my way

To fuck those scars away”.

W tekście dotykany jest problem rozstań między dorosłymi. Bardzo często cierpią przez to najmłodsi, którzy często nie rozumieją otaczającej sytuacji. Aby podkreślić ten aspekt warstwy lirycznej muzycy zaprosili do współpracy własne pociechy (Agnieszkę Kirmuć, Michała i Miłosza Kossowiczów, Emilię i Mikołaja Witkowskich) oraz dziewczęcy zespół wokalny „Żaniołki” ze Szkoły Podstawowej nr 355 w Warszawie prowadzony przez Żanetę Augustin. I to one wyśpiewują kolejny refren. I jeszcze jeden zaśpiewany przez wokalistę solo, po którym znów swoje kilka chwil ma gitarzysta, który najpierw przedstawia kolejną solówkę, a potem, grając unisono z Palczewskim, powtarza melodię refrenu.

Jako trzeci na płycie umieszczono utwór, który jako pierwszy po przerwie zespół przedstawił światu, w wersji studyjnej, już w Nowy Rok – „One Empty Hand”. To najkrótsze nagranie na krążku, trwające 5 minut. Jednocześnie jest to najspokojniejszy i najbardziej akustyczny fragment albumu. Trzon kompozycji tworzą pierwszorzędny fortepianowy podkład i liryczny śpiew. W refrenie dochodzą do tego pełne mocy bębny i cudownie snująca się gitara, która robi niesamowity klimat:

“I still feel you

By your smell I'm hypnotized

Set me free you witch

You promised

I still see you

By your eyes I'm hypnotized

Please release my heart

You promised”.

Wersja albumowa jest inaczej zmiksowana niż ta, którą znamy od stycznia, jednak ogólne brzmienie i nastrój pozostał niezmienny.

Było już nagranie najkrótsze, zatem teraz pora na kolejną dłuższą propozycję. Ta trwa ponad 13 minut i nosi tytuł „A Moment A Feeling”. Tu ponownie mamy do czynienia z nastrojowym wstępem, z dominującymi brzmieniami klawiszy i głosem Bartosza. Potem dochodzą pozostałe instrumenty i każdy z nich może popisać się intensywną partią. Witkowski mocniej atakuje struny swego basu, Szadkowski energicznie uderza w talerze zestawu perkusyjnego, Palczewski szaleje za klawiaturami (rządzi brzmienie Hammondów), a Kirmuć dołącza ze śpiewną partią swojej gitary. Fragment ten może przywodzić skojarzenia z Riverside czy też Dream Theater lub dokonaniami Neala Morse’a. W kolejnym wyciszonym segmencie znów na pierwszy plan wysuwają się fortepian i głos Kossowicza, który śpiewa z coraz większą werwą. Po kolejnej bardziej żywiołowej części przychodzi moment na wpadający w ucho fragment, a po nim otrzymujemy intensywną solówkę na gitarze, podpartą fajnym groovem duetu Witkowski – Szadkowski i powracającą część z tekstem:

“Hope, Hope, Hope she's Oh!

She's so beautiful

She's holding us

Holding on

Till the moment that she dies

In your eyes”.

W końcowej odsłonie ponownie otrzymujemy pełne ognia popisy wszystkich muzyków, a prym wiedzie tu Szadkowski serwujący nam istne perkusyjne szaleństwo.

I tak docieramy do finału, który stanowi kompozycja „A Man In The Middle”. To właściwie ballada, w której podkładzie na pierwszy plan wysuwa się fortepian, a pozostałe instrumenty budują nastrojowy klimat. Towarzyszy im równie nastrojowy śpiew Kossowicza, który przejmująco interpretuje piękny, poetycki tekst, w którym leżący w śpiączce bohater zastanawia się, czy podjąć jeszcze próbę zmierzenia się z tym światem, czy też poddać się:

“I'm just a man in the middle

I'm half way here, halfway there

I'm just a call for the answer

But question is never asked

Never heard

 

I’m just a clown in the spotlight

A fake Romeo to die

A fatal ambush of mirrors

Pretending to be afraid of the lie

 

So how could you live

How could you lie

My love is everything I got

So how could you live

How could you sleep at night

My love is everything I got…”

Po drugim refrenie swoje (ponad) pięć minut ma drugi na płycie gość. Ale najpierw trochę historii… Jak wspomniałem na wstępie, grupa Collage po reaktywacji miała przyjemność grać m.in. przed Steve Rothery Band. Ale zanim zaprezentowała się jako support solowego zespołu gitarzysty Marillion, towarzyszyła mu na scenie podczas spotkania z fanami polskiego oddziału fan clubu Brytyjczyków – The Web. Miało to miejsce 6 maja 2018 roku w warszawskim klubie VooDoo. Zanim na scenę wkroczył Rothery, krótki set zagrał polski kwintet. Jako jego ostatni akt zabrzmiał właśnie utwór „Man In The Middle” i, ku zaskoczeniu zgromadzonej publiczności, na scenie pojawił się sam Mistrz i zaprezentował piękną solówkę. Jak się okazało, całość spontanicznie została zaaranżowana dzień wcześniej podczas próby w studiu Michała Kirmucia. Potem Steve zaoferował się, że wystąpi także na płycie. I słowa dotrzymał, prezentując fantastyczne, ponad pięciominutowe solo! Ale nie tylko ze względu na jego występ warto zapoznać się z tym nagraniem, gdyż jest to jeden z piękniejszych fragmentów w dyskografii grupy. W końcówce ponownie słyszymy tekst pierwszej zwrotki wykonywanej przez Bartosza z towarzyszeniem wyłącznie fortepianu, po której do naszych uszu dociera ponownie dźwięk kardiomonitora, z tym, że tym razem pojawiają się dźwięki świadczące, że pacjent ożył. Jest to klamra spinająca album i jego warstwę liryczną, za którą odpowiada w całości Wojtek Szadkowski. Można ją traktować jako próbę rozliczenia się z przeszłością, a głównie z trudnymi relacjami damsko-męskimi czy też ogólnie międzyludzkimi, które być może doprowadziły bohatera na szpitalne łóżko. Konstrukcję płyty można też interpretować odnosząc się do sytuacji zespołu, który w latach 90. zniknął ze sceny, by po wielu perypetiach powrócić z niebytu. Jednak jest tu jeszcze jeden smaczek – krążek kończy się tym samym dźwiękiem, od którego się zaczyna. Gdy odtworzymy płytę w pętli cały ciąg zdarzeń się powtórzy.

„Over And Out”, czyli „Bez odbioru”. Tytuł można interpretować wielorako. I jako koniec opowieści i powrót do życia lub też zakończenie wszystkiego. A jak ma się to do sytuacji Collage? Mam nadzieję, że wydając ten album po prostu zamyka wieloletni okres oczekiwań i teraz z nowymi siłami zespół będzie pisał całkiem nowy rozdział. Na nowopowstałej stronie www.collageband.pl możemy przeczytać, że za organizację koncertów odpowiedzialnym jest Piotr Kozieradzki, więc trzeba mieć nadzieję, że już niebawem zobaczymy grupę na żywo podczas promocji tego wydawnictwa.

Pozostawmy na razie pytania o przyszłość i cieszmy się tym co już mamy. A naprawdę jest czym. Płyta została nagrana w studiach należących do Kirmucia i Palczewskiego. Ten drugi odpowiedzialny jest za miks, a także jest głównym producentem (we współpracy z Kirmuciem, Kossowiczem i Witkowskim) albumu. „What About The Pain” i „A Moment A Feeling” to kompozycje, pod którymi podpisali się Szadkowski, Kirmuć, Palczewski i Witkowski. “One Empty Hand” napisali Kirmuć z Szadkowskim, a “Over And Out” i „Man In The Middle” to dzieła perkusisty. Płyta, podobnie jak miało to miejsce z “Moonshine”, jest tak skonstruowana, że jeden utwór płynnie przechodzi w drugi, co ze wspomnianymi początkiem i zakończeniem jeszcze bardziej daje wrażenie jednej całości. A wracając do najsłynniejszego dzieła zespołu, za które (trudno z tym polemizować) uważany jest właśnie krążek z 1994 roku, to na pewno z nim będzie porównywany „Over And Out”. To zestawienie jest o tyle trudne, że czasy w którym powstały oba albumy dość mocno się różnią. Po pierwsze wtedy Collage był mimo wszystko jeszcze na początku swojej kariery, mając na swoim koncie zaledwie 2 płyty (w tym jedną z coverami), teraz ma już status legendy, mimo nadal stosunkowo niewielkiego dorobku płytowego. Ponadto wtedy polski rynek muzyki progresywnej był niezbyt wielki, aktualnie liczba wykonawców tej odmiany rocka w naszym kraju jest dość pokaźna, a wielu z nich jest rozpoznawanych także poza granicami naszego kraju (a Riverside jest uznawany wręcz za gwiazdę). Jedno jest pewne – to bardzo udany powrót, w niczym nie ustępujący najsłynniejszemu dziełu Collage.

Jak nieraz pisano i mówiono, wielkie rzeczy rodzą się w bólach. W tym przypadku jest to jak najbardziej trafne stwierdzenie. Nie ma sensu tu wypominać zespołowi ile lat minęło od wydania poprzedniej płyty („Safe”), ani jak długo opisywany album był zapowiadany, bo to w sumie nieistotne. Zapewniam, że każda minuta trwania „Over And Out” warta była tego czekania. To rock progresywny na najwyższym światowym poziomie! Palczewski, Witkowski i Szadkowski wykonują swoje partie z wielką werwą i młodzieńczym wręcz polotem przedstawiając charakterystyczne brzmienie zespołu we współczesnej wersji. W te klimaty idealnie wpasowali się „nowi” członkowie grupy. Michał Kirmuć, choć w wielu miejscach brzmi jak Mirek Gil, udowadnia, że ma też swój własny styl w grze na gitarze, a Bartosz Kossowicz w rewelacyjny sposób interpretuje teksty Szadkowskiego, wzbijając się na wyżyny wokalnej sztuki. Być może to, co napiszę wyda się kontrowersyjne, ale z całym szacunkiem dla jego poprzedników, których partie uwielbiam, śmiem stwierdzić, że jest to najlepiej zaśpiewany album Collage, przynajmniej pod względem przekazanych emocji.

Delektujmy się zatem prawie godzinną porcją wyśmienitej muzyki, która zapewne w niejednym tegorocznym podsumowaniu zajmie wysokie miejsce, w tym także na samym szczycie list. Zupełnie zasłużenie!

MLWZ album na 15-lecie