Transatlantic - The Final Flight-Live At L'Olympia

Tomasz Dudkowski

Amerykańsko – angielsko – szwedzka supergrupa Transatlantic wydała w 2021 roku album „The Absolute Universe”. Wcześniej tradycją było, że zawsze po ukazaniu się nowego krążka wyruszała promować go na koncertach. Tym razem, ze względu na pandemię, musiały one zostać odłożone w czasie. Trasa odbyła się dopiero w roku kolejnym i obejmowała 9 występów w USA, w tym 2 na festiwalu Morsefest, następnie muzycy wzięli udział w rejsie Cruise to The Edge i latem zagościli w Europie na scenach w Rumunii, Niemczech, Holandii, Wielkiej Brytanii i wreszcie w stolicy Francji. Właśnie ten ostatni koncert w paryskiej sali L’Olympia z 28 lipca 2022 roku został zarejestrowany z myślą o późniejszej publikacji. Ta ostatecznie miała miejsce 17 lutego tego roku. Wtedy to na półki sklepowe trafił zestaw wydany na trzech płytach kompaktowych i dysku Blu-ray, a także, co jest nowością jeśli chodzi o albumy koncertowe, na czterech winylach.

„The Final Flight” to już szóste tego typu wydawnictwo w dorobku grupy, co biorąc pod uwagę fakt, że krążków studyjnych ukazało się zaledwie pięć, daje całkiem pokaźny wynik, zgodny z mottem „More Is Never Enough” (taki też tytuł miał zestaw trzech płyt kompaktowych oraz dwóch DVD z 2011 roku). Jego zasadniczą część wypełnia prezentacja albumu „The Absolute Universe”. Jak zapewne część czytelników pamięta, był on wydany w kilku wersjach – „The Breath Of Life” (na jednej płycie kompaktowej lub dwóch winylach), „Forevermore” (dwa kompakty lub trzy winyle) oraz „Ultimate” (na Blu-rayu). I właśnie ta ostatnia była podstawą setlisty na tej trasie, a teraz, po wydaniu „The Final Flight” mamy do czynienia z odsłoną… czwartą, koncertową, o czym wspomina Mike Portnoy podczas przerwy po pierwszej części występu. Mówi on także, że jest to ostatni akcent tej trasy i nie wie kiedy znów się spotkają, ani czy w ogóle jeszcze kiedykolwiek wystąpią jeszcze razem… Nie wiadomo, czy była to z jego strony zwykła kokieteria, czy faktycznie to już koniec tego powstałego w 1999 roku projektu. Jak będzie? Czas pokaże. A tymczasem skupmy się na nowym wydawnictwie.

Na pierwszych dwóch dyskach, trwających łącznie niespełna 100 minut, panowie Neal Morse (śpiew, instrumenty klawiszowe, gitara 12-strunowa), Mike Portnoy (perkusja, śpiew), Roine Stolt (gitary, śpiew), Pete Trewavas (bas, śpiew) i wspomagający ich grą na gitarze, instrumentach klawiszowych i perkusyjnych oraz śpiewem Ted Leonard (Spock’s Beard, Enchant, Pattern-Seeking Animals) zabierają nas w podróż przez „Wszechświat absolutny”. Od pierwszych dźwięków, puszczonego z taśmy, „Intro” budującego napięcie przed rozpoczęciem „Overture”, aż po ostatnie takty „Love Made A Way”, kwintet udowadnia, że to właśnie scena jest ich najbardziej naturalnym środowiskiem i że potrafi dodać do swoich kompozycji ten pierwiastek, który powoduje, że mimo tego, że nie ma tu jakichś wielkich zmian w aranżacjach, to utwory brzmią ciekawiej i pełniej. A jeśli chodzi o wersję wizualną, to oprawa świetlna nie przesłania muzyki, główny element wystroju stanowi ekran, na którym wyświetlane są wizualizacje (znane z Blu-raya). Główną uwagę skupiają na sobie, tradycyjnie zajmujący skrajne miejsca na scenie, Neal Morse i Mike Portnoy. Pierwszy z nich z wielką ekspresją wykonuje swoje partie instrumentów klawiszowych oraz głównych linii wokalnych, a drugi… no cóż, on jest kwintesencją energii, nie tylko grając na perkusji, ale też (równocześnie) śpiewając czy to w chórkach, czy jako główny wokalista (np. w „Looking For The Light”). Na dodatek jest konferansjerem dbającym o dobry kontakt z publicznością. Nawet gdy akurat nie ma nic do roboty za swoim zestawem, choć to zdarza się tylko raz (w „We All Need Some Light”), to robi atmosferę machając, wraz z publicznością, telefonem z włączoną latarką. Po prostu showman pełną gębą, ale do tego się już zapewne wszyscy przyzwyczaili. Tuż obok niego miejsce na estradzie zajmuje filigranowy Pete Trewavas, którego partie basu są bardziej wyraziste niż w Marillion, a i wokalnie zdecydowanie bardziej może się wykazać niż w macierzystej formacji, chociażby wykonując część głównych partii, jak choćby w „The Sun Comes Up Today”, czy przede wszystkim w pięknym „Solitude”. Ostatnim członkiem podstawowego składu jest lider The Flower Kings, Roine Stolt. To właśnie on, obok Morse’s jest drugim głównym wokalistą, choć rzadziej od kolegi wysuwa się na czoło, a już zdecydowanie w mniejszym stopniu niż pozostała czwórka udziela się w chórkach. Niemniej jego głównym zadaniem jest tworzenie magii graniem na sześciu strunach i z tego zadania wywiązuje się znakomicie, serwując co rusz wspaniałe sola. Jak wspomniałem, na potrzeby występów na żywo Transatlantic rozrasta się do kwintetu, a tym piątym ponownie (tak samo było na trasie promującej album „Kaleidoscope”) jest Ted Leonard. On zajmuje miejsce za plecami Trewavasa i Stolte’a obsługując gitarę, klawisze i różne perkusjonalia oraz uzupełniając chóralne partie wokalne w utworach, a tych jest całe mnóstwo. Czasami i on śpiewa jako główny wokalista, chociażby w jednej zwrotce „We All Need Some Light”.

Najciekawsze fragmenty pierwszej części koncertu? Z pewnością singlowy „Reaching For The Sky”, funkujący „The Darkness In The Light”, na wskroś beatlesowski “Rainbow Sky”, najdłuższy w tej odsłonie „The World We Used To Know”, początkowo majestatyczny, poprzedzony intro zaśpiewanym a cappella, a potem całkiem przebojowy „The Sun Comes Up Today”, piękna ballada „Solitude”, mroczny „Owl Howl” i wielki finał w postaci utworów „Looking For The Light (Reprise) / The Greatest Story Never Ends / Love Made A Way”.

Ostatni dysk wydania kompaktowego (albo dwa winylowego) wypełniają prezentacje wcześniejszych dokonań grupy. Zabrakło jedynie miejsca dla jakiegokolwiek przedstawiciela albumu „Kaleidoscope”, ale jako że nie darzę tej płyty zbytnią estymą, to nie odczytuję tego jako wady niniejszego zestawu. Tym bardziej, że te ponad 70 minut muzyki to prawdziwy zestaw perełek z dyskografii grupy. Na pierwszy ogień dostajemy „skondensowaną” do 35 minut wersję płyty „Whirlwind”, w tym fantastyczną część zatytułowaną „Rose Colored Glasses”, hipnotyzującą „Is It Really Happening?” i finał, poprzedzony 1,5-minutowym wyciszeniem dającym okazję publiczności na wykazanie się mocą swoich głosów, w postaci „Whirlwind (Reprise)”. A jeśli już o fanach wypełniających salę L’Olympia mowa, to mieli oni też swój czas podczas prezentacji nagrania „We All Need Some Light Now”, gdzie samodzielnie wyśpiewali pierwszy refren. Na wielkie brawa zasługują tu także panowie Morse i Stolt, którzy zagrali porywające intro na swoich gitarach (odpowiednio dwunastostrunowej i elektrycznej) oraz wspaniałe solowe partie w dalszej części. Mogę się mylić, ale mam wrażenie, że ten utwór z debiutanckiej płyty „SMPTe” grany był na każdym koncercie w całej, ponad dwudziestoletniej, karierze zespołu. I nic dziwnego, bo to jeden z jaśniejszych punktów w ich dyskografii. Na zakończenie dostajemy wiązankę kompozycji z debiutu i drugiego albumu („Bridge Across Forever”). Są to połączone ze sobą fragmenty pieśni „Duel With The Devil”, „My New World”, „All Of The Above” (tu znów publiczność mogła się wykazać swoim śpiewem) i już na sam koniec obszerny, porywający wycinek z „Stranger In Your Soul”. Bisów tym razem (jak i na całej trasie) nie było, ale chyba nikt ze zgromadzonych na widowni nie mógł być zawiedziony tym, prawie trzygodzinnym, spektaklem.

Tym razem wydawnictwo zaprezentowano w dwóch wersjach, bez fanaberii w stylu „ultimate deluxe version” z dziesięcioma płytami. Podstawa to trzy kompakty i płyta Blu-ray włożone do digipacka z książeczką i dodatkowo do specjalnego kartonowego etui, co zapewne wzmocni trwałość całości. Nie ma tym razem płyt DVD, ale nie traktuję tego jako wielkiej wady. Jak wspomniałem, po raz pierwszy album koncertowy Transatlantic ukazał się także na czarnych (choć są też inne warianty kolorystyczne) krążkach. I tu niestety muszę trochę ponarzekać. Jeszcze niedawno tradycją wydań winylowych wytwórni InsideOut były umieszczane w kopertach z tworzywa płyty kompaktowe. Zapewne z powodu oszczędności zrezygnowano z tego dodatku. I to jestem w stanie zrozumieć. Bardziej przeszkadza mi kwestia opakowania. Wcześniej albumy składające się z więcej niż dwóch winylowych krążków umieszczane były w osobnych okładkach i dodatkowo zapakowane w obwolutę. Teraz na 4 krążki mamy „zwykły” gatefold, co może nie jest jakąś mega wadą, bo niejednokrotnie spotkałem się z takim rozwiązaniem, ale fakt, że tu płyty zwyczajnie nie mieszczą się w kieszeniach okładki już zdecydowanie uważam za niedopuszczalne.

Po „Live In America” (2001), „Live In Europe” (2003), „The Whirld Tour” (2010), „More Is Never Enough” (2011) i „KaLIVEoscope” (2014) otrzymujemy kolejny zestaw koncertowy, który trzyma wysoki poziom, a wykonanie na żywo albumu „The Absolute Universe” uważam za ciekawsze od tych, które wypełniały wersje studyjne. Zespół po raz kolejny udowadnia, że zdecydowanie najlepiej czuje się na scenie i zabiera nas w kolejną podróż swoim sterowcem. Czy zgodnie z tytułem był to jego ostatni lot? Czy wraz z ostatnimi dźwiękami „Stranger In Your Soul” odpłynął gdzieś hen, w kosmiczną przestrzeń do innego świata? Zobaczymy. Mam nadzieję, że nie, bo choć propozycje kwartetu Morse – Portnoy – Stolt - Trewavas nie są zbyt odkrywcze, to nie sposób odmówić ich twórczości niesamowitej pasji połączonej z dużym zmysłem do tworzenia pięknych form i z olbrzymim luzem w prezentowaniu swoich (i nie tylko, wszak na koncertowych płytach nie brakowało także coverów) utworów na żywo. Zdecydowanie scena rockowa bez Transatlantic byłaby uboższa. Zostawmy na razie te dywagacje i delektujmy się albumem „The Final Flight. Live At L’Olympia”, bo to naprawdę udany zestaw.

MLWZ album na 15-lecie Tangerine Dream w Polsce: dodatkowy koncert w Szczecinie Airbag w Polsce na trzech koncertach w październiku Gong na czterech koncertach w Polsce Dwudniowy Ino-Rock Festival 2024 odbędzie się 23 i 24 sierpnia Pendragon: 'Każdy jest VIP-em" w Polsce!