Whitesnake - Flesh & Blood

Tomasz Kudelski, Whitesnake - Flesh & Blood

Zabierając się do recenzji nowej płyty Whitesnake naszła mnie refleksja: czy ja wciąż jestem fanem szeroko rozumianego hard rocka? Wbrew pozorom nie jest to pytanie zupełnie pozbawione kontekstu. Moja sporadyczna aktywność recenzencka dotyczy głównie pozycji z tego gatunku muzycznego. Bowiem, od pewnego czasu obserwuję, że rzadko kiedy słuchanie nowych płyt współczesnych lub starszych zespołów z tej kategorii muzycznej sprawia mi rzeczywistą przyjemność.

Wyjątkiem jest Deep Purple, ale nie wiem nawet czy w tym przypadku nie jestem ofiarą swoistej odmiany syndromu sztokholmskiego. Generalnie mój profil na Spotify coraz częściej podpowiada mi coraz bardziej odległe od hard rocka propozycje muzyczne. I nawet z kręgu wykonawców ściśle związanych z Deep Purple coraz mniej nowych wydawnictw powoduje u mnie podwyższone bicie serca. Ostatnią z takich rzeczy była solowa płyta Dona Aireya zawierająca jednak instrumentalną muzykę fortepianową wywodzącą się z jazzu oraz jazz rocka.

Doszło do tego, że np. współczesnej twórczości części moich idoli wprost nie toleruję. Piję tu głównie do działalności Ritchiego Blackmore’a pod szyldem Rainbow, którą uważam za urągającą podstawowym zasadom warsztatu muzycznego i świadomie nie podejmuję się recenzowania jego twórczości. Z Whitesnake mam trochę podobny problem. Ostatnią płytą, którą darzę estymą jest „Restless Heart” z 1997 r. Ponad 20 lat… Szmat czasu. Z kolejnych dwóch wydawnictw „Good To Be Bad" oraz „Forevermore” w głowie został mi tylko kawałek tytułowy z tej ostatniej.

Ostatnie 8 lat historii Whitesnake to dużo wydawnictw rocznicowych, pośledniej jakości koncertówek oraz beznadziejna płyta z utworami Deep Purple „The Purple Album”, będąca owocem nieudanej próby nawiązania współpracy z Ritchie Blackmore’em.

Czy płyta płyta „Flesh & Blood” mogła zatem dokonać wyłomu w mojej ocenie współczesnej twórczości Whitesnake, skoro żadnej większej zmiany, ani personalnej ani stylistycznej zespół nie podejmował i konsekwentnie trzyma się wcześniej wytyczonych ścieżek? Przyznam, że gdy słuchałem pierwszych półtoraminutowych zajawek utworów, to miałem wrażenie, że jest tam potencjał na kilka ciekawych utworów i szansa na znacznie lepszy album niż ostatnie. Ale słuchając całej płyty jakoś ta nadzieja nie w pełni się zmaterializowała.

Zarówno brzmieniowo, jak i stylistycznie, mamy idealną amerykańską odmianę Whitesnake: od ckliwych ballad, poprzez podniosłe hymny, stadionowe hity, nawet puszczanie oka do przeszłości poprzez większe nawiązania do bluesa. Całość doprawiona jest brzmieniem z południa Stanów Zjednoczonych, trochę stylistyką festyniarskiego Kiss, trochę gitarami w stylu Thin Lizzy.

Nie jest to płyta zła, jest poprawna, tylko, że takich podobnie brzmiących albumów różnych zespołów wytwórnia Frontiers Records oferuje pewnie kilkadziesiąt rocznie. Album wydaje się być wręcz idealnym produktem muzycznym skrojonym pod gusta fanów zespołów spod znaku Frontiers, która daje zatrudnienie weteranom metalu złotych lat 80., oferując często gotowe projekty o statusie „supergrupy”, jak potrzeba z gotowym materiałem muzycznym. Ale niestety dla mnie jest to wciąż trochę za mało, aby płytę uznać za dobrą.

Jeżeli przyjmiemy, że o subiektywnej jakości muzyki decydują emocje jakie ona generuje, to mojej emocjonalności ta płyta nie porusza. Całość brzmi dla mnie trochę karykaturalnie i nieszczerze jak cały wizerunek macho seksistowskiego Tarzana kultywowany przez Coverdale’a, który uważa, że upływ czasu go nie dotyka. W tym sensie niechęć Coverdale’a do wyjścia poza strefę komfortu lub stereotyp gwiazdy rocka lat 80., niezależnie czy jest ona podyktowana przesłankami finansowymi (klapa komercyjna solowego albumu „Into the Light”) czy przedłużającym się kryzysem wieku średniego i brakiem umiejętności adaptacji, wywołuje mój krytycyzm.   

Aranżacje oraz styl gry nawiązują silnie do tradycji lat 80., ale równie dobrze można powiedzieć, że ocierają się o rockowy banał i pozbawione są siły i energii emanującej z płyty „Whitesnake” z 1987r. Solówki rażą schematycznością i wtórnością tak samo jak gitarowe riffy. Blues potraktowany hałaśliwym distorszynem i cepowatą perkusją zawsze będzie brzmiał źle.

Ten album to też opowieść o tym jak zazwyczaj taki niedoceniany instrument jak perkusja może w przypadku złego wykorzystania siać spustoszenie i degenerować muzykę. Tommy Aldrige, bo o nim mowa, zasłużonym pałkerem jest, ale jego bezmyślna łupanina bez feelingu, drastycznie obniża poziom komfortu odbioru płyty. Brzmi to jakby ktoś przez pomyłkę włączył przycisk kwantyzacji w studio i na siłę wyrównał wszystko do idealnego tempa.

Całości nie ratuje również głos Coverdale’a. W kręgu fanów Deep Purple trwa nierozstrzygalny spór, który z wokalistów Deep Purple utracił głos w większym stopniu i tutaj opinie dzielą się w zasadzie po równo pomiędzy Gillanem a Coverdale’em. O ile jednak wokal Gillana poddaje się dość dobrze obróbce studyjnej (szczególnie gdy za konsoletą siedzi Bob Ezrin), to z Coverdale’em, w moim odczuciu, sprawa ma się gorzej. Jego głos dostał jakiejś takiej dziwnej szorstkości i metaliczno skrzeczącej barwy (co może być również elementem ubocznym prostowania ‘krzywych’ wokali w domenie cyfrowej) przez co utracił w jakiś sposób swoją głębię i magię. Nie pomaga też, że melodie wokalne są często na granicy autoplagiatu, a całe frazy zarówno tekstowo, jak i melodycznie, brzmią znajomo. Problem leży jednak gdzieś głębiej, na jakimś metafizycznym poziomie mojej relacji z jego głosem, która przestała z jakiegoś powodu rezonować. Podobny problem mam z obecną grą Blackmore’a, która w żaden sposób na mnie nie oddziałuje.  

Szowinistyczne teksty Coverdale’a nigdy nie aspirowały do miana poezji, i zresztą nikt chyba tego po nim nigdy nie oczekiwał, jednak tym razem częstochowskie rymy na poziomie średnio uzdolnionego sześciolatka kłują uszy, ile bowiem razy można słuchać powiązań fraz poprzez „ołszyn”, „emołszyn”, „dewołszyn” i tym podobne? Już chyba lepiej by było, gdyby cały czas śpiewał zawodzące ‘baby, baby’

Ten album jednak można uznać za trochę lepszy od poprzednich, jednak jest to dosyć nisko postawiony punkt odniesienia. Jest tu bowiem kilka kompozycji całkiem niezłych. Najlepiej wypada jednak według mnie utwór, który nie zmieścił się na płycie głównej i stanowi bonus z wersji deluxe, a mianowicie mało pretensjonalna piosenka „Can’t Do Right Doing Wrong”. Nieco dalej plasuje się bluesowo-pancerny „Heart of Stone” złamany niepotrzebnie rockową napierdalanką. Niezła jest akustyczna ballada „After All” oraz zamykający utwór „Sands of Time” mający być takim wschodnio-epickim zakończeniem płyty, ale wciąż daleko mu do poziomu choćby takiego „Judgement Day”. Brakuje ciężkości, potęgi i majestatu, które Whitesnake potrafił kiedyś wytworzyć. Na tle innych utworów nieźle wypada też „Gonna Be Alright” - zepellinowy pogrobowiec po dawnej współpracy z Jimmym Page’em. Czyli w sumie nie tak źle - aż pięć fajnych kawałków.

Nie o to chodzi, że reszta jest dramatycznie zła (to nie jest mimo wszystko zrobiony w domu na tablecie album jak najnowsza muzyka Blackmore’a). Najgorsza w tym wszystkim jest poprawność, oczywistość, przewidywalność i nijakość.

Może wydawać się, że trochę bez sensu znęcam się nad Davidem i chłopakami, ale mam historycznie tak duży szacunek dla jego dorobku, że chciałbym mieć wyższe oczekiwania. Jeżeli tak ma wyglądać współczesny hard rock, to trudno dziwić się, że staje się on w coraz większym stopniu niszą dla starzejącej się grupy fanów, żyjących w fantazmacie idoli ze swojej młodości.

MLWZ album na 15-lecie