Lucifer's Friend - Black Moon

Artur Chachlowski, Lucifer's Friend - Black Moon

Po wieloletniej przerwie w działalności, zespół Lucifer’s Friend, który z powodzeniem funkcjonował na hardrockowym rynku lat 70., przypomina się już drugim po swojej reaktywacji albumem z premierową muzyką (ten pierwszy to wydany niespełna trzy lata temu „Too Late To Hate”). Ale trzeba też pamiętać, iż w ostatnich latach ukazały się jeszcze dwa tytuły: „Awakening” (2015) z retrospekcyjnym oraz „Live @ Sweden Rock 2015” (2016) z koncertowym materiałem.

Nowy krążek nosi tytuł „Black Moon” i zawiera chyba najciekawiej brzmiącą porcję klasycznego hard rocka, z jaką spotkałem się na przestrzeni ostatnich lat. O ile z poprzednią płytą wiązano spore nadzieje (dodajmy: spełnione!), lecz wynikały one głównie z długiego okresu oczekiwania na nową muzykę Lucifer’s Friend, to nowy album jest już najnormalniejszym w świecie potwierdzeniem autentycznie wysokiej formy kwartetu: Dieter Horns (bg), Stephan Eggert (dr), Peter Hesslein (g, k) oraz John Lawton (v). Ci dwaj ostatni są kompozytorami całego materiału wypełniającego album „Black Moon”. A składa się nań dziesięć bezbłędnie wykonanych, niezwykle nośnych, hardrockowych piosenek.

Płytę otwiera utwór tytułowy, w którym oprócz wybitnie hardrockowego klimatu (jak zresztą w całej reszcie utworów na płycie) słyszymy wyraźny zwrot w kierunku swingującego (trąby!!!) jazz fusion. Od pierwszych minut głos Lawtona brzmi świetnie, a cały zespół momentalnie sygnalizuje, że również znajduje się w dobrej formie, co zresztą udowodni później jeszcze nie raz. Utwór „Black Moon” brzmi zaskakująco jazzowo i mimowolnie przywodzi na myśl klasyczne albumy Lucifer’s Friend z lat 70. Zresztą kilka piosenek na nowej płycie brzmi tak, jakby w istocie powstały 4-5 dekad temu. Najlepszymi przykładami są takie utwory, jak brzmiący niczym klasyk gatunku „Passengers” i rozpędzony „Behind The Smile” (w obu tych przypadkach można pomylić się czy to współczesny Lucifer’s Friend czy Uriah Heep sprzed lat) oraz inspirowany soulem i rythm’n’bluesem „Rolling The Stone” czy też pełen plemiennych rytmów „Freedom”.

Bardzo fajnie (znów klasycznie, tym razem trochę zeppelinowo) prezentuje się nagranie „Palace Of Fools”. Świetny, błyskawicznie chwytliwy jest refren w utrzymanym w zawrotnym tempie utworze „Call The Captain”, który oparty jest na równie chwytliwym, co mocarnym, gitarowym riffie. W lekkiej opozycji stoi do niego spokojna, pełna wyważonych dźwięków, ballada „Little Man”, lecz po chwili sprawy znowu nabierają tempa i rozpoczyna się jeszcze jedna rozpędzona pieśń - „Freedom”, która prowadzi już do finału, na który składają się dwie kolejne udane kompozycje: „Taking It To The Edge” i „Glory Days”.

„Black Moon” to perfekcyjnie zmiksowany i wyprodukowany album. W muzyce Lucifer’s Friend słychać przestrzeń i energię emanującą z każdego dźwięku. Panowie zrobili coś niebywałego, sprawili że ich utwory stały się bardziej zróżnicowane i praktycznie wszystkie, już przy pierwszym przesłuchaniu, na długo zapadają w pamięć. Dziesięć bardzo udanych nagrań pokazuje w jak świetnej formie są panowie Lawton, Hesslein, Horns i Eggert. Oprócz nich warte podkreślenia są też gościnne występy Chucka Findlaya (trąbka w „Black Moon”) oraz Stefana Pinteva (elektryczne skrzypce we „Freedom”).

Na koniec, jako ciekawostkę dodam, że autorem okładki jest nasz Damian Bydliński – na co dzień lider grupy Lizard. Jak się okazuje, jest on także utalentowanym grafikiem kreującym niezwykłe wizje na bazie własnych, bardzo ciekawych, pomysłów…

MLWZ album na 15-lecie