Edison's Children - The Disturbance Fields

Artur Chachlowski, Edison's Children - The Disturbance Fields

Edison’s Children... Potomkowie tego, co wynalazł żarówkę. Eric Blackwood i Peter Trewavas, podobnie jak Thomas Edison, poszukują nowych wyzwań. Przed laty, kiedy zaprezentowali płytę „In The Last Waking Moments…”, ze względu na to, że ich czas wypełniały inne muzyczne obowiązki, wydawali się zwykłą efemerydą. Ale ku zaskoczeniu wszystkich dość szybko ukazały się dwie kolejne płyty „The Final Breath Before November” (2014) i „Somewhere Between Here And There” (2015), które nie tylko ugruntowały ich wysoką pozycję na mapie progresywnego rocka, ale kazały z nadzieją wypatrywać kolejnego krążka.

Wydany w lipcu album „The Disturbance Fields” zawiera tylko jeden, 68-minutowy epicki utwór pt. „Washed Away”, który podzielony jest na 14 połączonych ze sobą, indywidualnie zatytułowanych, części. Trewavasowi i Blackwoodowi towarzyszy na nim trzech innych muzyków: Rick Armstrong (to syn kosmonauty Neila Armstronga!), wspomaga ich grając na gitarach prowadzących i rytmicznych oraz w niektórych utworach na basie, Henry Rogers gra na perkusji, a inna perkusistka Lisa Wetton, wdowa po Johnie Wettonie, pojawia się w trzech utworach.

Album opowiada o naturze, która groźnie reaguje na sposób, w jaki ludzie źle traktują swoją planetę, raz po raz przynosząc w swej swoistej zemście liczne katastrofy, pożary, huragany i trzęsienia ziemi. Z muzycznego punku widzenia „The Disturbance Fields” jest albumem bardzo udanym i nawet jeśli nie ma na nim wielu skomplikowanych melodii lub wielu jakoś szczególnie rozbudowanych tematów (chociaż na płycie są dwa długie, blisko dziesięciominutowe fragmenty „The Confluence” i „The Surge”), prezentuje się nadspodziewanie spójnie, epicko i progresywnie. A także przystępnie. Ta muzyczna przystępność jest bardzo mocną cechą tego ambitnego wydawnictwa. Do innych zaliczyłbym duże wyczucie progrockowej stylistyki, ogromną melodyjność, a także profesjonalizm w używaniu różnych środków artystycznego wyrazu oraz w poszukiwaniu nowych sposobów budowania nastroju. Bo „The Disturbance Fields” posiada swój własny, niepowtarzalny klimat, który sprawia, że ani się nie obejrzysz, a mija 68 minut, które trwa to wydawnictwo. I wtedy nie pozostaje nic innego jak posłuchać go po raz kolejny. Ta płyta wciąga!

MLWZ album na 15-lecie