D Project

Fughu - Lost Connection

Artur Chachlowski, Fughu - Lost Connection

Argentyńscy progmetalowcy z grupy Fughu powracają z nowym albumem zatytułowanym „Lost Connection”. Jest to już trzecia, a właściwie czwarta płyta w ich dorobku, po „Absence” z 2009 roku oraz dwóch wydanych równolegle krążkach „Human – The Tales” i „Human – The Facts” (2013).

Od tamtego czasu zespół dojrzał muzycznie, dał mnóstwo koncertów w Ameryce Łacińskiej i w Meksyku, w 2015r. zawitał do Europy, wystąpił nawet w naszym kraju, a za swoje kamienie milowe do dziś uznaje występy na jednej scenie z Dream Theater oraz włoską legendą Premiata Forneria Marconi. W zespole zmienił się też wokalista. Poprzedni, Santiago Burgi, porzucił dwa lata temu świat rocka dla opery (!), a miejsce za mikrofonem zajął Renzo Favaro.

To właśnie z nim na pokładzie rozpoczęła się dla Fughu nowa era. Jej pierwszym materialnym przejawem jest płyta „Lost Connection”, na której Fughu łączy mocne rockowe brzmienia z wyrafinowanym metalem, skomplikowane struktury z prostymi i wpadającymi w ucho liniami wokalnymi, pełne nieoczywistych rozwiązań kompozycje z uroczymi piosenkami, dźwiękowe łamańce z przejrzystymi melodiami oraz mocno pokręcony styl z alternatywą i intymnym sposobem artystycznego przekazu.

Muzyka, z którą mamy do czynienia na „Lost Connection” to czasami ciężki, często dziwny prog metal, który w swojej nieoczywistości często przypomina mi o tym, że najlepiej słucha się tych albumów, które wykraczają poza stereotypy, burzą mury i wyłamują się dawno zdefiniowanym konwencjom. I „Lost Connection” jest tego bardzo dobrym przykładem.

Już otwierający płytę utwór „Peggy” daje nam znać po jakich obszarach stylistycznych będziemy się przemieszczać przez najbliższą godzinę. Jest ostro, dynamicznie i głośno. Jest konkretnie. W drugim utworze, „Pixel Hero”, jest równie energetycznie, pojawiają się pewne efekty pozamuzyczne, zespół gna do przodu na łeb na szyję, a zaraz potem, jako się rzekło, jest już jak na rozpędzonym muzycznym rollercoasterze. Z pokręconymi muzycznymi łamigłówkami, jak np. w „Call Now” sąsiadują zgrabne ballady („Stay”), po ciężkim i mocno zrytmizowanym utworze „The Goat” następuje klasyczny w swoim wyrazie „Told You” (wydaje mi się, że w tym utworze Fughu nisko kłania się grupie Black Sabbath), po to by pod koniec mocniej spenetrować progresywne terytoria z towarzyszącym im całym anturażem (najlepiej słychać to w nagraniu „Right From The Bone” czy też patetycznym „What If”, lecz przede wszystkim w mocno osadzonym w klimacie science fiction „Martian”, w którym to na chwilę pojawiają się nawet pewne operowe konotacje) i na koniec zawinąć do przystani z napisem ‘alternatywny kącik indie’, jak dzieje się to w zamykającym całość utworze „Vexed Flower”…

Niektórzy twierdzą, że Fughu to muzyczna mieszanka Metalliki z Pink Floyd oraz poetyką Edgara Allana Poe... Cóż mogę im powiedzieć? To wszystko nieprawda. Fughu to Fughu. A jego muzyka, choć przez niektórych łatwo przypisywana do progmetalowego gatunku, z pewnością wymyka się jakiemukolwiek zaszufladkowaniu. Najlepiej posłuchać samemu i przekonać się na własne uszy. Do czego szczerze namawiam.

MLWZ album na 15-lecie