Porcupine Tree - Closure/Continuation

Przemysław Stochmal, Porcupine Tree - Closure/Continuation

W ciągu kilkunastu lat solowej działalności Stevena Wilsona wśród entuzjastów jego talentu wielokrotnie pojawiały się pytania – czy kiedykolwiek powróci Porcupine Tree? Wraz z sukcesami kolejnych albumów i rozwojem artystycznym twórczości sygnowanej własnym nazwiskiem, Wilson coraz bardziej pozbawiał sympatyków jego zespołowego wcielenia nadziei na nowy materiał pod legendarnym szyldem. Tymczasem w tajemnicy przed światem nowa muzyka pomału powstawała, by wreszcie, po trzynastu latach od publikacji albumu „The Incident” ujrzeć dziś światło dzienne. Niniejszym wraz z „Closure/Continuation” Steven Wilson dokonał czegoś wbrew swojej osobistej ideologii artystycznego egoizmu - zadośćuczynił głosowi publiczności, dając jej coś, o co wołała latami. I choć sam publicznie i wprost wyraża swoje wątpliwości w związku z tak gryzącym sumienie artysty posunięciem, to jednocześnie określa nowy album jako jedno z najbardziej udanych dzieł w dyskografii zespołu. Pozostaje więc nam, odbiorcom, zadać i sobie pytanie – czy nowa płyta Porcupine Tree może cieszyć czymś więcej, aniżeli tym, że w ogóle jest?

Dla tak świadomego konieczności rozwoju artysty, jakim jest Steven Wilson, najbardziej niepożądanym typem powrotu byłaby z pewnością próba obdarzenia odbiorców muzyką jak najbardziej zbieżną z dokonaniami z lat minionych, najsilniej przywołującą pewne szablony, nastroje, emocje. Porcupine Tree jednak nigdy nie był zespołem stojącym w miejscu, więc i tu na dzień dobry punktuje podstawowym przymiotem definiującym nowy album – to płyta inna niż wszystkie jej poprzedniczki, płyta, w przypadku której dążenie do proponowania nowego jest ze wszech miar silniejsze niż choćby mimowolne wskrzeszanie starego.

Już ujawnione przy ubiegłorocznych zapowiedziach przeistoczenie się grupy z kwartetu w trio Wilson/Harrison/Barbieri sugerowało, że nowy album faktycznie będzie czymś odmiennym. Dzisiejsze Porcupine Tree pozbawione zostało udziału Colina Edwina, który swoje pierwsze ścieżki basowe zostawił już, przypomnijmy, na albumie „Up The Downstair” z 1993 roku. Decyzja o zredukowaniu formacji do tercetu wiąże się wprost z początkami pracy nad nowym materiałem, które miały miejsce już w 2011 roku. Zalążkiem wieloletniego procesu powstawania „Closure/Continuation” było spotkanie Stevena Wilsona z Gavinem Harrisonem oraz wspólny jam na perkusję i… gitarę basową. Materiał z tamtych sesji miał stać się bazą do konstruowania nowych kompozycji, a charakterystyczny „gitarowy” styl basowania Wilsona cechujący ów materiał nie mógł być bardziej odległy od ciepłego, miękkiego stylu proponowanego przez Edwina, więc to lider grupy niejako mimochodem został jej nowym basistą. Biorąc nadto pod uwagę fakt, że tak na artystycznym, jak i towarzyskim polu wzajemne kontakty Wilsona z Harrisonem i Richardem Barbieri nie słabły, mniej lub bardziej uczciwie postanowiono Edwina, który podobno nie zabiegał o odnowienie relacji, pozbawić szansy na kontynuację współpracy.

„…i zostało ich trzech” – chciałoby się w tym miejscu przytoczyć tytuł klasycznej płyty Genesis. Co niezmiernie istotne, w formule tria Porcupine Tree okazał się być po raz pierwszy w historii kolektywem równoprawnych artystów. Wilson tym samym porzucił autokratyczne zapędy, stawiając na tak niecharakterystyczny dla siebie teamwork, oddając część kontroli nad artystycznym projektem w ręce kolegów. „Closure/Continuation” jest iście zespołowym dziełem, które, za wyjątkiem jednej kompozycji, wyrosło przede wszystkim z efektów sesji w tercecie bądź w duetach. O polirytmicznej wrażliwości Gavina Harrisona i abstrakcyjnej fantazji Richarda Barbieri nie wystarczy już powiedzieć, że dostały więcej przestrzeni; one dzielą i rządzą muzyką Porcupine Tree w równym stopniu, co niezmierzone spektrum talentu kompozytorsko-aranżacyjnego lidera. Barbieri, Harrison i Wilson jednakowo potrafią zabiegać o atencję słuchacza, przeciągać go na swoją stronę, dawać mu więcej atrakcji, ostatecznie wespół pozostawiając fenomenalne wrażenie.

Nowy układ sił wykonawczych, nowy rozkład sił kompozycyjnych, musiały wpłynąć na świeżość efektu aktualnego Porcupine Tree. Niebagatelny wpływ naturalnie miało tu również i ogromne rozciągnięcie w czasie procesu tworzenia materiału. W pewnym stopniu fakt różnego datowania poszczególnych koncepcji da się usłyszeć - utwory o najwcześniejszej genezie powstania („Harridan” oraz „Chimera’s Wreck”) uderzają pewną zachowawczością czy przewidywalnością formalną, niezbyt daleko odbiegając od wypracowanych latami metod. Utwory, które skrystalizowały się z kolei na późniejszym etapie pracy cechują się już innym podejściem, dość elastycznie traktując zasadę kompozycji. Tak choćby zdradzający „piosenkowe” predyspozycje „Of The New Day” ostatecznie nie daje się zamknąć w zwrotkowo-refrenowej formule, zwłaszcza że wielokrotnie zmienia metrum, operując w pięciu różnych konfiguracjach. Znakomity, przesycony elektroniką „Walk The Plank” przebojowo kołysze, by nagle, w samym środku zaskoczyć niekrótkim spadkiem napięcia. Natomiast bardzo melodyjny i zapadający w pamięć „Dignity” zaciera granice pomiędzy piosenką a progresywną ekspozycją, dzięki czemu osiem i pół minuty jego trwania przebiega zaskakująco szybko.

Dla ucha niezaznajomionego z materiałem z „Closure/Continuation” pierwszym i najintensywniejszym bodźcem będzie jednak nie efekt konstruowania kompozycji, ale to, przy pomocy jakich środków one powstały. Po latach obcowania z patentami właściwymi muzyce metalowej, które w dużej mierze pozycjonowały profil zespołu od płyty „In Absentia” wzwyż, nowy album prezentuje niemal całkowite odejście od tych tendencji. Rola samych gitar, choć skrupulatnie dobieranych pod względem brzmieniowym, wydaje się być relatywnie mniejsza, tym samym pole dla tekstur syntezatorowych z jednej strony, jak i solowych wolt basu z drugiej, jest zdecydowanie szersze – daje to świeży i doprawdy imponujący efekt. Żadnych smyków, żadnego nie-rockowego instrumentarium, żadnych gości specjalnych - tylko trio, doskonale wiedzące, co robić i jak to robić.

Wszelkie elementy zostały przez lata tak znakomicie usystematyzowane, że oto mamy do czynienia z albumem nie tylko wysokiej klasy, ale przede wszystkim bardzo spójnym, właściwie pozbawionym punktów w jakimś stopniu zaniżających jego wartość. To jednak o tyle specyficzny i odmienny od poprzednich album grupy, że jakkolwiek wybornie nie prezentowałby się jako całość, w moim przekonaniu pozbawiony jest tego, co Porcupine Tree miało w zanadrzu zawsze, zarówno w szczytowej formie, jak i w nielicznych chwilach względnej słabości. Brakuje mianowicie nagrania-killera, piosenki wizytówki, charakternej kompozycji wyrastającej ponad wszelkie dobro z płytowego rogu obfitości. Nawet mniej udany „The Incident” miał swój „Time Flies”, tutaj przy braku słabszych punktów brakuje również i swoistego jokera, bez którego nie obyłby się żaden występ na żywo.

Kontynuując drobną krytyczną tendencję w niniejszej litanii pochwał, trzeba zwrócić uwagę na charakterystyczny dla Wilsona manewr pozostawienia części materiału na użytek „limitowanej edycji”. Podczas gdy wersja tradycyjna płyty zamknęła się w 48 minutach, należytych honorów pozbawiono niestety ostatecznie ponadprogramowe nagrania. O ile wśród trzech bonusów utwór „Population Three” (brawa za tytuł) to właściwie dość konwencjonalny instrumental, o tyle melodyjnych piosenek „Never Have” i „Love In The Past Tense” niezmiernie żal – jestem pewien, że stanowiłyby niebagatelną ozdobę płyty w jej regularnej edycji.

Trzynaście lat oczekiwań za nami. Płyta numer jedenaście w dorobku Porcupine Tree stała się faktem. Trio Wilson/Harrison/Barbieri przygotowało na tyle udany materiał, że wszelkie próby rozprawienia się z zagadnieniem „czy warto było czekać tak długo?”, w zasadzie tracą rację bytu - „Closure/Continuation” to album znakomity niezależnie od tego, czy czekaliśmy na niego trzynaście lat, czy od listopada ubiegłego roku, czy nie czekaliśmy na niego wcale. Prawdziwym pytaniem, które należy sobie postawić, jest to samo pytanie, którym zespół raczył zatytułować swoje najnowsze dzieło. Czy to zamknięcie historii Porcupine Tree czy jej kontynuacja – tego nie wiedzą nawet sami autorzy płyty, z rozbrajającą szczerością się do tego przyznając. Większość sympatyków zespołu bez wątpienia wskazałoby oczywiste rozwiązanie tego dylematu. Tymczasem dalszy ciąg nastąpił. „Find yourself a better way to meet the future” - znaleźliśmy sobie znakomity sposób na spotkanie z przyszłością.

MLWZ album na 15-lecie