Comedy Of Errors - Time Machine

Olga Walkiewicz, Comedy Of Errors - Time Machine

„Muzyka to dusza wszechświata, skrzydła umysłu, lot wyobraźni i całe życie...” - to słowa Platona - prawdziwe i ponadczasowe. Słowa, które oddają uniwersalną potęgę sztuki, niezależnie od miejsca w którym się znajdujemy i daty.                                                                                                  

To był niezwykły dzień, który udało mi się spędzić w cudownym Glasgow - wiele lat temu. Dzień uwieńczony przedstawieniem w King’s Theatre. Wieczór zakończył się, gdy wyschła ostatnia kropla wina na dnie kielicha wzniesionego po opadnięciu kurtyny, gdy wybrzmiał końcowy monolog powtarzany przez aktora, a kłęby kurzu na scenie nieruchomiały po swoim oszalałym tańcu. Ulice były pełne niepokoju. Pieśń dudziarzy mieszała się z dźwiękiem bębnów. Noc zastygała jak kropla czarnej lawy, zatrzymując szepty czające się w zaułkach. Księżyc topił swoje odbicie w kałużach. Życie to cykl przemian odmierzany tykaniem wąsatych zegarów. To wędrówka myśli i snów pomiędzy światami. To podróż w głąb siebie… Podróż wehikułem czasu.

Mamy rok 1984. Glasgow. Styczniowe powiewy lodowatego wiatru nastrajają do wieczorów przy kominku, wśród przyjaciół o muzycznych pasjach. Powstaje wtedy pierwszy skład grupy Comedy Of Errors - Joe Cairney, Jim Johnston, John MacPhee, Mike Bernard i Steve Stewart, który bardzo szybko odchodzi i pojawia się na jego miejscu Mark Spalding. Po roku powstaje pierwsze demo - „Ever Be The Prize”. Na drugim („24 Hours” z 1987 roku) zamiast Mika Bernarda wystąpił Barry Henderson. Trzecie demo powstaje w 1989 roku („Hold On”) już z nowym wokalistą - Johnem Cowdenem. Zespół niespodziewanie przerwał jednak swoją działalność na początku 1990 roku i musiało minąć ponad dwadzieścia długich lat, abyśmy mogli doczekać się reaktywacji grupy. Znów byli ze sobą - pełni entuzjazmu i świeżych pomysłów, dojrzali w swoich artystycznych wizjach: Joe Cairney (wokal), Mark Spalding (gitara, bas i wokal), Jim Johnston (klawisze, gitara, wokal) i Bruce Levick (perkusja). Na pierwszym oficjalnym studyjnym albumie - „Disobey” (2011) na basie zagrał Hew Montgomery z grupy Abel Ganz. W nagraniu „Fanfare & Fantasy”(2013) wziął udział John Fitzgerald, który stał się pełnoprawnym członkiem zespołu. Kolejne wydawnictwa fonograficzne (Spirit” z 2015 i „House Of The Mind” z 2017 roku) powstały z udziałem kolejnego artysty, jakim był Sam McCulloch (gitara). Ten sam zestaw muzyków jest też na ostatnim albumie Szkotów - „Time Machine”, który ujrzał światło dzienne 23 września tego roku.

Zespół Comedy Of Errors potrafi zachwycać swoimi kompozycjami. Miękkością formy zaklętą w misternych detalach. Euforią nanizaną na smukłość kształtu każdego dźwięku i frazy. To wir pełen śpiewu i lekkości przeistaczającej się w fontannę pragnień - takich dziecięcych i podszytych ekstazą. Pragnień niezdefiniowanych w swoim romantyzmie, w magii i w prostocie…

Nowy album to pięćdziesiąt minut muzycznej rozkoszy obcowania ze sztuką. Pięć utworów plus bonus w postaci starszego kawałka – zagranego na żywo „Disobey”. Wszystko zamknięte w szkatule czasu. Czasu, który upływa w zawrotnym tempie. Czasu, którego nie sposób okiełznać.

Już pierwszy utwór, „The Knight Returns”, ukazuje wytrawny smak, jaki ma cisza zatopiona w gitarowo-klawiszowym dressingu, przyprawiona subtelnością solówek i znakomitym wokalem Joe Cairneya. To zarazem pierwsza na tej płycie podróż w czasie, gdyż utwór ten zarówno tekstowo, lecz przede wszystkim melodycznie nawiązuje do starej kompozycji Comedy Of Errors pt. „Behold The Knight” pamiętającej jeszcze lata 80. To świetny początek nowej płyty i prawdziwie wykwintne danie polane esencją sensualności. Nie ma tu chwili bez głębokich treści, nie ma tu czasu na spojrzenie za siebie. Jest pęd i ekspresja. Jest prawdziwe życie.

„Lost Demigods” - to energiczny i ujmujący swoją rytmiką kawałek. Jest kładką pomiędzy prostotą refrenu, a progresywnymi wstawkami instrumentalnymi. Beethovenowski motyw z „IX Symfonii” potrafi cudownie nawiązywać do muzyki klasycznej. Subtelny cytat z „Shine On You Crazy Diamond” to z kolei pokłon bardziej współczesnym czasom. Wszystko razem stanowi hołd, jaki główny kompozytor Jim Johnston oddał swoim bohaterom: Issacowi Newtonowi, Galileuszowi, Leonardo da Vinci i oczywiście Williamowi Szekspirowi.

„Wonderland” jest eposem zbudowanym na fundamencie fortepianowych ewolucji. Dużo tu ekspresyjnych brzmień i stonowanej perkusji. Smak ciszy przerywają głębokie bębny, a temat wokalny rozwija się stopniowo, by ostatecznie połączyć się z instrumentalnym ogrodem finezji i blasku. Doskonała orkiestracja i obfitość pomysłów jest kluczem otwierającym księgę pełną tajemnic. To ciekawy traktat o powstaniu i upadku ideałów potężnej Ameryki, z dyskretnym komentarzem społeczno-politycznym. Niesamowity utwór, wznoszący album na podium, gdzie znajdują się takie skarby, jak chociażby „House Of The Mind” z 2017 roku.

Utwór numer 4 - „The Past Of Future Days” to majstersztyk funkowej linii basu prowadzonej przez Johna Fitzgeralda, przepiękne dźwięki gitar i wysmakowane klawiszowe wersety. Perkusja dyskretnie roznieca płomień rytmu. To prawdziwe instrumentalne arcydzieło. Kropla mistycznego ognia. Comedy Of Errors w najlepszym wydaniu.

Tytułowa kompozycja, „Time Machine”, okazuje się prawdziwą wisienką na torcie. Rozpoczyna ją dźwięk fortepianu wtopiony w tło pełne dzwonków i smyczków zgrabnie wydobytych z keyboardu. Przejmujący śpiew Cairneya splata się z brzmieniem trąbki i gitar. Jest w tym wszystkim coś hipnotyzującego. W drugiej części utworu pojawia się wokal w języku francuskim (to fragment wiersza Victora Hugo „Demain des laube” napisanego po tragicznej śmierci jego córki w 1843 roku), co było dla mnie niebywałym zaskoczeniem przy pierwszym przesłuchaniu tego utworu. Ale dzięki kapsule czasu przenosimy się wraz z zespołem w inną epokę, w inne miejsce, w inny czas… Jest jeszcze cudowne zakończenie – patetyczne, odziane w klawisze, finezyjne trąbki i przepiękne akordy zagrane na fortepianie. To wszystko sprawia, że ten 12-minutowy utwór staje się pięknym, a zarazem smutnym hołdem dla bliskich, których utraciliśmy.

To koniec, lecz to nie wszystko. Na deser mamy zaserwowaną koncertową wersję utworu „Disobey”, pochodzącą z festiwalu RosFest w USA z 2016 roku - muzyczne wspomnienie, pocztówka z przeszłości. Koncertowa maszyna czasu. Ukłon w stronę tego, co było ważnym kawałkiem historii zespołu.

„Time Machine” to niesamowita płyta. Od początku do końca urzeka swoim blaskiem. Zespół stanął na wysokości zadania i stworzył kolejną perełkę - album, który pobudza wyobraźnię, który brzmi wspaniale i wypełniony jest tak ogromnym ładunkiem pozytywnej energii, że nie sposób pozostać obojętnym na te nowe czarowne dźwięki weteranów brytyjskiego neoprogresywnego rocka.

MLWZ album na 15-lecie