Reed, Robert - Cursus 123 430

Artur Chachlowski, Reed, Robert - Cursus 123 430

Ten muzyk nie przestaje zadziwiać i zaskakiwać. Robert Reed, którego doskonale znamy z działalności w renomowanych w progrockowych kręgach zespołach Cyan, Magenta (tegoroczny album „Masters Of Illusion”), Chimpan A (tegoroczny album „The Empathy Machine”), licznych solowych płyt (seria „Sanctuary I – III”; podobno część „IV” jest już na ukończeniu i czeka na swoja premierę w 2021 roku) oraz przedsięwzięć (Kompendium i album „Beneath The Waves” z 2012 roku), opublikował właśnie swoje najnowsze solowe dzieło zatytułowane „Cursus 123 430”.

Tym razem nagrał album z muzyką elektroniczną, którą fascynuje się od dziecięcych lat: „Pamiętam jak dostałem od rodziców na Gwiazdkę album „Tubular Bells” Mike’a Oldfielda. Na te same święta mój brat otrzymał płytę „Oxygene” Jarre’a. I choć od samego początku muzyka Oldfielda bardziej do mnie przemawiała, to z czasem zacząłem fascynować się innymi mistrzami elektroniki: Vangelisem, Johnem Carpenterem, Tangerine Dream i przede wszystkim właśnie Jean-Michel Jarre’em”. I w rzeczy samej, album „Cursus 123 430” wydaje się być obrazem fascynacji Roberta Reeda twórczością tego francuskiego mistrza czarno-białej klawiatury.

Reed jakby nieco przełożył wajchę: od Oldfielda (na płytach „Sanctuary”) stylistycznie przeniósł się teraz w rejony kojarzone z twórczością Jarre’a oraz trochę też Vangelisa i Edgara Froese. Bo najogólniej rzecz ujmując, „Cursus 123 430” to udane odtworzenie klasycznych brzmień syntezatorów Jarre'a i Vangelisa osadzonych w epickich krajobrazach Tangerine Dream. Gdyby dobrze się wsłuchać, to na tym albumie z łatwością odnaleźć można odniesienia do „Oxygene”, „Equinoxe”, „Albedo 0.39”, „Spiral” czy filmowego „Blade Runnera”. Niektórzy fani tych ponadczasowych albumów pewnie uznają produkcje Reeda za pretensjonalne naśladownictwo, lecz trzeba obiektywnie przyznać, że poziom, na jakim utrzymana jest muzyka na „Cursus 123 430” niewiele ustępuje, jeżeli w ogóle ustępuje, szczytowym osiągnięciom mistrzów elektronicznego gatunku. Ta płyta wyraźnie pokazuje szacunek Reeda do ich twórczości. Posiłkując się świetnymi inspiracjami Reed demonstruje swoją muzyczną wyobraźnię i niewątpliwy talent do komponowania chwytliwych rytmów, urzekających tematów i czarujących melodii.

Całość podzielona jest na 10 muzycznych części i niezwykle trudno jest mi opisać każdą z nich z osobna. Mogę tylko powiedzieć, że najbardziej zafascynował mnie fragment zatytułowany „Stoneglow Warnings”, którego klimat oparty jest na pulsującej fali syntezatorowych dźwięków przypominających muzykę Tangerine Dream, po czym przekształca się w znacznie bardziej spokojną kodę, wprowadzoną przez nastrojową narrację. Podobać może się też obdarzony przepiękną melodią utwór „Witness”. Z kolei ośmiominutowy „The Man Of Sight And Feathers”, choć to na wskroś muzyka elektroniczna, ma przeogromny progresywno-rockowy potencjał, szczególnie jego początkowa część.

Inny magiczny moment tego albumu to „Gatherings at Farewell Places”, w którym Robert Reed buduje dźwiękową warstwę po warstwie uzyskując niesamowite brzmienie z natarczywie narastającym pulsem potęgowanym czytanymi miarowym głosem narracjami opowiadającymi o starożytnych miejscach, takich jak Stonehenge, Boscawen, Silbury Hill, BirkRigg. A kiedy ta recytacja dobiega końca, utwór rozpędza się jeszcze bardziej w swoim strzelistym, triumfalnie brzmiącym, melodyjnym rozmachu. Następujący zaraz potem finał płyty w postaci tematu „Erthsheelde” jest już nieco bardziej skomplikowany, a przy tym nie aż tak urzekający - niemniej jednak jest to udane zakończenie tej przewspaniałej opowieści z gatunku science fiction.

Bo trzeba wiedzieć, że „Cursus 123 430” to muzyczna opowieść o tragicznych losach naszej planety. Zasadniczo w koncepcie tym chodzi o to, że człowiek zniszczył Ziemię, zrujnował ją do tego stopnia, że niezbędna była totalna ewakuacja ludzkości na inną planetę. W historii tej istnieją odniesienia do licznych „pierścieni z kamieni”, w tym Stonehenge, ale też do wielu innych podobnych miejsc rozproszonych po całym świecie. Są one zwane Obserwatorami (Watchers), które przez całą historię ludzkości oglądały niewyobrażalne okrucieństwa i nierozumnie działania człowieka.

Opowieść ta opublikowana jest w stylizowanej na komiks książce o takim samym tytule jak płyta - „Cursus 123 430”. Autorem ilustracji jest Matt Rooke, a autorem treści jest Les Penning – dawny współpracownik Mike’a Oldfielda, a zarazem artysta, z którym Reed pracował już wielokrotnie, m.in. na wydanym w ubiegłym roku albumie „Return To Penrhos”. A teraz uwaga, uwaga: to właśnie Les Penning opatrzył album „Cursus 123 430” swoimi sugestywnymi, jakże wspaniale prezentującymi się, narracjami. Są one niczym sól i pieprz, a więc stają się niezbędnymi przyprawami do tego smakowitego muzycznego dania, jakim jest najnowszy krążek Reeda.

I jeszcze jedno: warto postarać się o specjalne wydanie tego albumu. Zawiera ono płytę DVD, na której znaleźć można cały materiał w miksie 5.1 Surround oraz z dodatkowy dysk CD zatytułowany „Cursus - A Symphonic Poem”. Stylistyczną zawartość tytułowego nagrania można najlepiej oddać takim stwierdzeniem: to skondensowana, 19-minutowa wersja właściwej płyty włożona w ramy muzyki klasycznej. Fascynująca to kompozycja. Robert Reed, niczym Tony Banks ze swoimi symfoniami, wkroczył na terytoria zarezerwowane tylko dla najwybitniejszych twórców progresywnego gatunku. Ponadto na dodatkowym krążku znaleźć można interesujący remiks utworu „Stoneglow Warnings”, który sprawia wrażenie jakby utrzymany był w stylu Oldfieldowskiego „Ommadawn”, stylową, nieco skróconą wersję utworu „Man Of Sight And Feathers”, singlowy miks nagrania „Stalemate”, a także kilka tematów pochodzących z podstawowego programu płyty, ale zaprezentowanych w bardzo kameralnych, fortepianowych wersjach. Rzecz pod każdym względem naprawdę czarująca. A kompozycja „Cursus - A Symphonic Poem” to już klasa sama w sobie i rzecz z zupełnie innej muzycznej galaktyki.

MLWZ album na 15-lecie